Berlin Atonal 2015 – RELACJA MUNO.PL

2 915
News
Berlin Atonal 2015 – RELACJA MUNO.PL

"Przyznaję to bez bicia – nie przepadam za festiwalami: zdecydowanie zamiast „spędów” wolę kameralne przestrzenie klubów. Na wypad na Atonal dałem się jednak namówić bez większych oporów" - pisze w naszej relacji z Berlin Atonal 2015 Artur "Essence" Szatkowski.

Berliński Atonal to festiwal o niezwykłej historii: po raz pierwszy odbył się w 1982 roku i przez kolejne 8 lat stanowił fundament niemieckiej sceny industrial. Jego ojcem-założycielem od zawsze był Dimitri Hegemann, który tuż po upadku muru berlińskiego otworzył legendarny klub Tresor, rezygnując tym samym z dalszego utrzymywania festiwalu przy życiu. Po 23 latach nieobecności, w 2013 roku Atonal wrócił do życia – tym razem wykorzystując przestrzeń dawnej berlińskiej elektrowni, której  wycinek służy obecnie jako przestrzeń tzw. „nowej lokalizacji” klubu Tresor.

Przyznaję to bez bicia – nie przepadam za festiwalami: zdecydowanie zamiast „spędów” wolę kameralne przestrzenie klubów. Na wypad na Atonal dałem się jednak namówić bez większych oporów – zarówno ze względu na sympatię do Berlina, którego dawno nie miałem okazji odwiedzić, jak i na niesamowity line-up.  A ten swoją skalą zwalał z nóg – przez 5 dni festiwalu przewinęło się przezeń kilkadziesiąt wyjątkowych projektów muzycznych. Trzeba przyznać, że Dimitri wraz z ekipą festiwalową mają naprawdę niesamowite podejście do układania lineupu: tak wysmakowanej i nieoczywistej selekcji nie ma szansy zobaczyć chyba nigdzie indziej. Co więcej, duża część występów to światowe premiery lub wręcz całkowity exclusive – tym  bardziej warto więc odwiedzić fascynujące przestrzenie olbrzymiej budowli przy KoepernickStrasse…

Wytłumacz to jakoś mamie: festiwal z dziwną i głośną elektroniczną muzyką w starej elektrowni, na który przychodzą ludzie ubrani na czarno, którzy niemal wcale ze sobą nie rozmawiają” – tak Atonal opisał kolega  Artur aka ARH (pozdro!). Trzeba przyznać, że ten opis dobrze podsumowuje klimat  całości – faktycznie można było zobaczyć tu masę ludzi ubranych na czarno, nierzadko w koszulkach z motywami muzycznymi (Coil/Throbbing Gristle/Downwards/Blackest Ever Black) – coś, co na co dzień  jest raczej rzadkością w warunkach „klubowych” (zwłaszcza w PL), tu było praktycznie standardem. Trzeba przyznać, że tak „kulturalnej” publiczności rzadko można uświadczyć – nie było mowy o przepychankach czy zaczepkach, ba! nie dojrzałem nawet mocno pijanych osobników. I całe szczęście – „lochy” elektrowni, choć olbrzymie, miały kilka „ciasnych gardeł” – najpoważniejszym z nich były schody, które w trakcie przerw  były dość mocno zatłoczone. Obyło się jednak bez większych problemów – organizacja festiwalu stała na najwyższym poziomie, a samoregulująca się publiczność zdecydowanie ułatwiała sprawę. Jedynym minusem były afterparties w Tresorze – mimo wentylacji spory tłum i wszechobecny dym papierosowy uniemożliwiły mi dłuższą kontemplację rewelacyjnej muzyki.

Z 5 festiwalowych dni byliśmy obecni od czwartku do soboty – w związku z czym przegapiliśmy sporo obiecujących występów (m.in. Lustmord, Samuel Kerridge czy duet Sienkiewicz/Loderbauer). Nie sposób napisać o wszystkim, co działo się w takcie tych 3 dni – wspomnę więc najsłabsze i najlepsze momenty. Do tych pierwszych zaliczam występ występy Kangding Ray i Varga na głównej scenie festiwalu – obaj zaprezentowali materiał, który niespecjalnie trafił w moje preferencje: ich ambientowo/IDMowo/dronowe eksperymenty wydały mi się dość generyczne i nudne. Wiem jednak, że kilkoro znajomych było zachwyconych – kwestia gustu.

Jeśli chodzi o „gwoździe programu” to było ich zdecydowanie więcej. Pierwszy od 20 lat występ Tony Conrada z Faust (jako Outside The Dream Syndicate) był doświadczeniem wręcz mistycznym – ich dronowe eksperymenty w tempie 140+ BPM grane były w całości live na 3 instrumenty (gitara basowa, skrzypce i bębny). Trzech panów po 70 r.ż. pokazała wszystkim, co oznacza psychodelia i zrobili to na najwyższym możliwym poziomie, co tłum przyjął 5-minutowymi oklaskami. Shackleton z perkusistami pokazali prawdziwą klasę –  tym samym eteryczna muzyka Brytyjczyka stała się jeszcze bardziej organiczna i żywiołowa. Mam szczerą nadzieję, że ten materiał pojawi się w niedalekiej przyszłości jako regularne wydawnictwo. Duet Ugandan Methods (Regis i Ancient Methods) rozwalił system swoim offbeatowym techno – coś niesamowitego… Brytyjczyk Powell dosłownie zmiażdżył: jego fuzja industrialu, techno i punkowego grania z przełomu lat 70. I 80. ubiegłego wieku na żywo brzmi jeszcze lepiej niż na płytach. Mógłbym jeszcze tak długo wymieniać…

Dopełnieniem całości były „dodatkowe atrakcje” – niesamowite instalacje artystyczne (cieknąca ściana naprawdę potrafiła przyprawić o gęsią skórkę), pokój z syntezatorami modularnymi, mini-kino i pyszna kawa na zewnątrz. Całość spodobała mi się na tyle, że mimo swych festiwalowych uprzedzeń jestem przekonany, że wrócę za rok. Tym bardziej, że polska reprezentacja była naprawdę liczna – dobrze było zobaczyć „krewnych i znajomych” z Wawy, Krakowa, Olsztyna czy Trójmiasta. Oby więc podobny skład pojawił się za rok – ja już zastanawiam się, jaki lineup przygotują organizatorzy.

Tekst: Artur „Essence” Szatkowski
Zdjęcia: Artur „Essence” Szatkowski
Zdjęcie główne: facebook.com/berlinatonal