Bartosz Szczęsny idzie na kompromis – WYWIAD!

11 259
Wywiad
Bartosz Szczęsny idzie na kompromis – WYWIAD!

Multiinstrumentalista, współtwórca kilku znanych projektów muzycznych oraz ceniony producent. Bartosz Szczęsny w ekskluzywnym wywiadzie dla Muno.pl opowiada o swojej twórczości muzycznej!

Podczas festiwalu Selector w Krakowie (przeczytaj relację) zamieniliśmy kilka słów z Bartkiem Szczęsnym – artystą, którego poczynania na pewno warto obserwować. Muzyk opowiedział nam o swojej pasji do syntezatorów, owocach współpracy z Iwoną Skwarek i żmudnym poszukiwaniu własnej drogi muzycznej.

Bartek Szczęsny tworzy muzykę od dobrych kilku lat. Już jako nastolatek rozpoczął grę na pianinie, dzięki czemu w późniejszym okresie z łatwością opanował tajniki sprzętu do produkowania własnych kompozycji. Na początku 2010 roku artysta dołączył do labelu Brennnessel – założonego przez członków zespołu Kamp! Kilka miesięcy później ukazała się debiutancka EP’ka Bartka – „Beyond Midnight” – oscylująca wokół nu disco i elektro. Pierwsze piosenki Szczęsnego spotkały się z pozytywnym odbiorem krytyki i słuchaczy. Artystę szczególnie wspierała Novika w swojej audycji w radiu Roxy.

Obok projektu solowego Bartek Szczęsny jest członkiem zespołu Adre’N’Alin i występuje czasami jako basista we wspomnianym już zespole Kamp! Ostatnio artysta kojarzony jest głównie z projektem Rebeka, który tworzy razem z Iwoną Skwarek, koncertując po całej Polsce. Na scenie duet korzysta z komputera, gitar i syntezatorów. Duet pracuje właśnie nad pierwszą płytą, która ma się ukazać w przeciągu najbliższych kilku miesięcy. Rebekę będzie można zobaczyć już wkrótce podczas festiwalu Open’er w Gdyni.

WYWIAD: BARTOSZ SZCZĘSNY

Jesteś aktywny w kilku projektach – solo, z Rebeką, czyli Iwoną Skwarek i od czasu do czasu jako basista w zespole Kamp!

I jeszcze Adre’N’Alin.

Właśnie! Która z tych form muzycznego wyrazu odpowiada Tobie najbardziej?

Chyba Rebeka, bo jest to kooperacja i mam duży wpływ na kształt projektu. Nie jest tak na przykład w Adre’N’Alin, gdzie kompozytorem jest Igor Szulc. W Kamp! to właściwie spełniam tylko funkcję basisty. Bartosz Szczęsny jest oczywiście stuprocentowo moim wymysłem – muzycznie i ideologicznie. Z kooperacji wychodzą jednak ładne rzeczy i wierzę, że właśnie w tym tkwi siła.

W jaki sposób pochodzisz do produkcji muzyki jako solista, a w jaki w duecie z Iwoną?

Własne kawałki robię już od dziesięciu lat, w pewnym przybliżeniu, a z Iwoną pracujemy od roku. (śmiech) Miałem więc już jakieś swoje wcześniejsze doświadczenia. Wydałem EP-kę zanim zacząłem współpracować z Iwoną i w pewnym stopniu byłem już wyżyty artystycznie. Miałem koncepcję na swoją muzykę, jakieś umiejętności i luz, że już wydałem swoje. Nie miałem ciśnienia i nie czuję teraz potrzeby narzucania swojej wizji. Myślę, że to było bardzo dobre. Iwona wtedy potrzebowała kogoś w roli producenta, który miał pomagać, a nie narzucać cokolwiek. Tak to widzę. Zaczęliśmy współpracować na tej stopie i później się okazało, że mój wkład jest coraz większy, ale to było kontrolowane. Tak bym to ujął. Nie biliśmy się, lecz współpracowaliśmy.

Jakie były Twoje pierwsze muzyczne zabawki? Pracowałeś z komputerem, czy może kupiłeś sobie jakiegoś korga?

Moją pierwszą zabawką było pianino, w stu procentach ‚analogowe’ i drewniane. Musiałem mieć ze 2-3 lata, gdy pierwszy raz zainteresowałem się tym instrumentem. Ogólnie to w latach ’80 nie było Korgów w sklepach.

Rodzice zapisali Ciebie na lekcje gry na pianinie?

Właściwie to nie. To było tak, że ja sam chciałem sobie grać. Był taki moment, że ojciec nauczył mnie grać z nut. Potem błyskawicznie zapomniałem tej umiejętności, ponieważ uważałem, że to idiotyczne żeby grać cudze kawałki. Dla mnie po prostu fajniejsze było granie jakiś swoich rzeczy, może nawet w sposób nieudolny, ale dużo więcej było z tego zabawy.

Czyli rozumiem, że nigdy nie miałeś ambicji didżejskich?

Nie, nie. Był taki okres, że trochę więcej robiłem tego typu rzeczy. Jeździłem nawet do Warszawy raz w miesiącu, ale to był krótki okres. (śmiech)

Jako grajek?

Tak, jako grajek. To były początki Obiektu Znalezionego, ale takie stricte początki. Wtedy jeszcze nie miałem koncepcji na siebie. To musiało być jakieś trzy lata temu, i trwało to dosłownie kilka miesięcy w ramach pewnego cyklu. Zagrałem chyba tylko cztery razy, przez cztery miesiące pod rząd. Ale tak, jak mówię, nie miałem żadnej wielkiej koncepcji ani na swoje granie, ani na samego siebie. Tak więc: didżejowanie nie. Z pianinem, żeby skrócić już tę historię o zabawkach, pamiętam, że przełomem była szesnastobitowa karta dźwiękowa, która była w jakimś pececie typu Pentium 100. Pamiętam, że było to takie „wow”, że ten dźwięk może być taki dobry, lepszy od ośmiobitowych kart dźwiękowych. To był taki moment, kiedy zainteresowałem się bardziej sklejaniem muzyki w komputerze. Ojciec wtedy kupił kolejny instrument, czyli keyboard Yamahę PSR 400. Ktoś może sobie teraz sprawdzić na Allegro, po ile takie stoją. Oczywiście grosze, ale myślę, że jest tam kilka śmiesznych barw. Nie używałem tego nigdy bardzo poważnie, ale był to instrument bardziej elektroniczny. Był też gramofon Unitra ojca i różne takie eksperymenty. Tak na poważnie, to zaczęło się wszystko w komputerze z Fruity Loops. Chyba każdy zaczynał od Fruity Loops. No ale to były lata ’90.

Jak Cię dzisiaj obserwowałem na scenie, to przypomniał mi się trochę Lindstrom. Czy ciągnie Ciebie w kierunku takiej abstrakcyjnej elektroniki? Czy wolisz grać pod parkiet?

Mnie najbardziej ciągnie do wypełniania utworów treścią. Chodzi o numery, które miałyby w sobie ładunek emocjonalny, co nie kojarzy mi się ani stricte z muzyką taneczną, ani z abstrakcyjną. Chciałbym, żeby to miało formę piosenki. Wydaje mi się, że „Battleships” jest najbardziej udanym utworem w tej koncepcji. Nowe rzeczy niekoniecznie to mają (nowe utwory opubilkuję dopiero gdy będę miał pewność, że zostały wypełnione “treścią”), ale wydaje mi się to bardzo trudne do uchwycenia. Niemniej zawsze mnie to w muzyce pociągało i chciałbym realizować to w ten sposób, czyli nie tanecznie, niekoniecznie tak do słuchania, ale żeby w tym była pewna emocja, nawet jeśli to ma być muzyka, do której da się tańczyć albo która nie jest taka oczywista i bardziej abstrakcyjna. Chodzi o to, żeby w tym było jakieś uczucie.

W Rebece grasz na klawiszach, a w Kamp! udzielasz się na basie. Który instrument uważasz za swoją domenę?

Moją domeną nie jest ani gra na klawiszach ani na basie, bo jestem bardzo słabym klawiszowcem i słabym basistą. Myślę, że mam dużo do zarzucenia sobie w tej kwestii. Staram się pracować nad tym i ćwiczyć mniej lub bardziej regularnie. I dlatego właśnie bardziej mnie jarają syntezatory. Mnie interesuje aranżowanie i komponowanie, a to, czy bardziej używam klawiszy, czy gitary, to są tylko jakieś środki, które opanowałem tylko na tyle, żeby móc dać tę ekspresję, jaką chciałbym dać. Nie uważam siebie ani za klawiszowca ani za basistę, choć nie ukrywam, że lubię po prostu pograć na instrumentach.

Bardziej interesuje Ciebie produkcja komputerowa czy zabawki w stylu kontrolerów MIDI?

Jedno z drugim jest bardzo silnie związane. Ja oczywiście jestem sprzętowcem, jak chyba co drugi chłopak. Lubię różne ciekawe instrumenty i urządzenia, syntezatory z mnogością przełączników i pokręteł, coś, co zaskakuje brzmieniem i tak dalej. Ostatnio jestem bardziej entuzjastą sprzętu typu syntezatory analogowe i bardziej mnie ciągnie w tę stronę, niż w stronę kontrolerów MIDI, bo miewam z nimi problemy. (śmiech)

Zdradź nam Twoje najbliższe plany wydawnicze.

Powiem tak: skupiam całą energię teraz na projekcie Rebeka. Chcemy jak najszybciej wydać pierwszego longplay’a. Wcześniej jednak wydamy singiel albo EP-kę Rebeki. Nie będę ukrywał, że jest to coś, co jest dla mnie w tej chwili cholernie ważne. Jednak mój solowy projekt nie poszedł zupelnie na boczny tor. On idzie sobie gdzieś tam równolegle, ale nadałem teraz priorytet Rebece.

Jaki będzie motyw przewodni tej płyty? Czy to będzie synth pop?

To będzie eksperyment z emocjami, brudem i pięknem. To będzie brzmiało jak Rebeka.

Pamiętam, że Wasz ostatni singiel „Fail” był bardzo ostry. (śmiech)

Tak, myślę, że będzie bardzo różnorako, jakoś tam eklektycznie, ale i bardzo emocjonalnie, brutalnie czasami też, czasem delikatnie. Na pewno będzie bardzo różnorodnie. Jestem pewien, że będzie to bardzo trudno zamknąć w jakiejś szufladce. Jednocześnie, będzie bardzo wyraźny wspólny mianownik.

Czy często wchodzicie w konflikt przy określaniu wizji projektu?

Ja staram się wchodzić w rolę profesjonalnego producenta i trzymać nerwy na wodzy. (śmiech) Jest fajnie, bo myślę, że z każdym tygodniem wypracowujemy sobie coraz lepsze metody współpracy. Śmieję się, że oprócz tego, że wchodzę w rolę producenta, bawię się również w psychologa. To działa, i działa coraz lepiej. Uczymy się współpracować, jestem bardzo zadowolony z efektów i myślę, że Iwona również. Mam wrażenie, że jest po prostu zadowolona z tego, jak pracujemy. Udało nam się to osiągnąć na przykład przy „Fail”. Historia jest taka, że w którymś momencie poczuliśmy, że potrzebny jest jakiś kompromis. Najlepsze jest to, że ja poszedłem na taki zgniły kompromis z mojej perspektywy, a Iwona po jakimś czasie sama doszła do wniosku, że to moje rozwiązanie było korzystniejsze.

Czyli Iwona Ci ustąpiła?

Udało nam się uzyskać kompromis, nie idąc na kompromis. To jest coś strasznie trudnego do wytłumaczenia i może głupio brzmi, ale efekt jest bezkompromisowy, a nie pożarliśmy się przy tym i to było super.

Czy możemy się Ciebie spodziewać na którymś z letnich festiwali?

Tak, oczywiście. Będę grał razem z Rebeką jeszcze na Open’erze, i solowo na Tauron Nowa Muzyka. Zobaczymy czy coś jeszcze się wykluje. Na pozostałych festiwalach może zagram w przyszłym roku. (śmiech)

Rozmawiał: Mateusz Mondalski


Latest tracks by b szczesny