Baasch: „Ograniczenia rodzą kreatywność” – wywiad

384
News
Baasch

O izolacji, futuryzmie, post-pandemicznych rave'ach, śpiewaniu po polsku, a przede wszystkim o nowej płycie. Sprawdźcie, o czym jeszcze rozmawiał z nami Baasch.

Uchodzi za jednego z najbardziej wyrazistych polskich wokalistów. Tymczasem Baasch to przede wszystkim producent, który w wachlarzu swoich talentów, ma ten, który wyróżnia go od pozostałych – umiejętności wokalne. W ostatnich latach Bartek Schmidt dał się poznać jako kompozytor mrocznej, lecz charakterystycznej elektroniki. Czy podobnie będzie na jego najnowszym albumie? Brokat, pierwszy singiel zapowiadający wydawnictwo, dla wielu jest sporym zaskoczeniem. Sam autor nie ukrywa, że niespodzianek będzie więcej, choć fani jest dusznego, eklektycznego stylu również znajdą coś dla siebie.

Baasch – wywiad

O izolacji, futuryzmie, post-pandemicznych rave’ach, śpiewaniu po polsku, a przede wszystkim o nowej płycie. Przed Wami wywiad z Baaschem.

Baasch, fot. Yan Wasiuchnik

Baasch, fot. Yan Wasiuchnik

Baasch. Samodzielność dająca wolność

Hubert Grupa: Jesteś artystą często zapraszanym do współpracy. Nazwiska twórców, którzy skorzystali z Twojego talentu i warsztatu, mógłbym wymieniać bardzo długo. Pamiętasz zresztą jak choćby w ubiegłym roku pisałem Ci co myślę o Twoim udziale na płycie Sonar Soula. Czy Ty zaprosiłeś kogokolwiek do współpracy przy swojej najnowszej płycie?

Baasch: Nie, nie zaprosiłem nikogo. To bardzo monolityczny materiał. Początkowo miałem pomysł, by zaprosić kilka osób, które bardzo cenię jako artystów, ale ostatecznie postanowiłem wypowiedzieć się na tej płycie samodzielnie, dzięki temu jest bardziej osobista. Chcę też by stanowiła kontrast do tego, co robiłem w ostatnich latach. Tak jak wspomniałeś, miałem okazję współpracować z wieloma osobami, bo po prostu bardzo to lubię. Tym razem chcę, by moja nowa płyta była jedynie moją wypowiedzią.

Od zawsze samodzielnie pracuję nam materiałem. Piszę, komponuję produkuję… Cieszy mnie ta samodzielność, bo daje mi dużą wolność. Jednak po pewnym czasie czuję, że chcę się nią podzielić energią z innymi. Wtedy uciekam w kooperacje z innymi. Muszę przyznać, że mam ogromne szczęście, bo dostaję same fajne propozycje. Nie umiem im odmówić. Czasem myślę sobie “dobra, wystarczy tych featów”, a później ktoś wysyła mi numer, słucham i od razu mam ochotę do niego śpiewać, i myślę “kurde, robimy to!”. (śmiech) A zatem po okresie featów, mogłem znaleźć czas i przestrzeń tylko dla siebie. Praca nad tą płytą była bardzo “wsobna”, bardzo moja.

To ciekawe co mówisz, zwłaszcza w kontekście tego, że z jednej strony chętnie wchodzisz w projekty z innymi twórcami, a z drugiej potrafisz i chcesz odciąć się od kogokolwiek, by skupić się na pracy nad własnym materiałem. Poprzednie pytanie poniekąd wiązało się z tym, o czym rozmawialiśmy przy okazji Twojej współpracy z Sonar Soulem. W numerze Try This usłyszeliśmy innego Baascha, pozbawionego całego tego mroku. Efekt? Kapitalny. Zastanawiam się czy w ciągu ostatnich 2-3 lat przytrafiło Ci się takie spotkanie, które zmieniło Twój sposób myślenia o muzyce, o sobie jako twórcy.

Na pewno ja się zmieniam. Wszyscy się zmieniamy, rozwijamy. Czuję, że jestem trochę innym człowiekiem, ale ta płyta jest poniekąd kontynuacją tego, co robiłem dotychczas. Ciągle inspirują mnie te same rzeczy, bo przede wszystkim inspirują mnie ludzie. To, co się dzieje w ludziach, między ludźmi, to, co się dzieje we mnie stanowi dla mnie źródło najciekawszych przemyśleń i przekłada się na to, o czym piszę muzykę.

Cała reszta wygląda podobnie. Po prostu zamykam się sam w domu i pracuję. (śmiech) Nad tą płytą pracowałem dość systematycznie. Skupiłem się tylko na niej i postarałem się, by nic mnie nie rozkojarzyło w międzyczasie.

Baasch. Gdy język przestaje wystarczać

Poruszyłeś wątek ludzi jako swojej największej inspiracji. To ma dość spory związek z tym, w jaki sposób brzmi Twój nowy singiel, a dokładniej z tym, że śpiewasz w nim po polsku. Piotr Madej, znany jako Patrick The Pan, powiedział mi kiedyś, że od chwili, gdy wyruszył w trasę z Arturem Rojkiem jako jego support, doświadczył na własnej skórze jaką moc ma śpiewanie w rodzimym języku. Piotrek wówczas pisał piosenki w większości po angielsku. Tymczasem widząc zza sceny, jaki wpływ na ludzi ma wyśpiewywanie polskiego tekstu, zwrócił się ku rodzimemu językowi i na kolejnych nagraniach jest już go zdecydowanie więcej. Jak było u Ciebie? Czy język polski na nowym albumie pojawia się incydentalnie i stanowi element większą jednorazowej koncepcji czy może to jakaś większa zmiana?

Od zawsze czułem, że przyjdzie taki moment, kiedy języki angielski przestanie mi wystarczać, żeby zaśpiewać to, co chcę zaśpiewać lub zaśpiewać to w taki sposób, w jaki chcę. Myślę, że ta różnica w przypadku języka polskiego polega na tym, że wszystko staje się bardziej sugestywne. Większość mojej publiczności to Polacy. Język angielski stanowi zatem kolejny szyfr, który trzeba odczytać w czasie rzeczywistym, w trakcie słuchania. Czuję, że język polski pozwala mi szybciej dotrzeć do słuchacza i trafia na bardziej podatny grunt w jego głowie. Sam zauważyłem, że gdy śpiewam po polsku, ma to większy wpływ na mnie. Wszystko nagle staje się bardziej poważne, nie ma żadnych dodatkowych filtrów, masek. To, co chcę przekazać, nagle obnaża się w pełnej krasie.

Czy ta płyta to jedyny incydent z językiem polskim? Tego jeszcze nie wiem. Czy śpiewanie po polsku zostanie ze mna na dłużej? Być może. Ogromnie mi się to spodobało.

Baasch. Po polsku? Łatwiej i bardziej intuicyjnie

To mnie cieszy, gdyż sam zasłuchując się w Brokat miałem takie momenty, że pomyślałem sobie „kurde, ale ta linijka jest dobra!”.

W takim razie cieszę się również. Wiesz, kiedy zacząłem pisać po polsku, okazało się, że… jest to znacznie łatwiejsze. (śmiech) Może nie jest to do końca oczywiste, bo wśród polskich artystów panuje przekonanie, że pisanie po angielsku jest prostsze. W moim przypadku jest zupełnie inaczej. Technicznie jest to dla mnie łatwiejsze jeśli chodzi o przelewanie myśli w tekst i układanie go w taki sposób, by stylistycznie brzmiał właściwie. Być może jeśli chodzi o sam śpiew, wymaga to więcej zachodu, gdyż język polski wymusza nieco inne ustawienie gardła, inną pracę z głosem. Jednak ostatecznie śpiewanie i pisanie w ojczystym języku jest łatwiejsze, bardziej intuicyjne.

Baasch. Opowieść zamiast manifestu

Masz jakieś autorytety jeśli chodzi o piosenkopisarstwo w języku polskim?

Bardzo cenię Marysię Peszek. Co prawda jej sposób pisania tekstów jest inny. Operuje w nich prostszym, bardziej codziennym językiem, takim, który mógłbyś usłyszeć podczas zwykłej rozmowy. Zresztą właśnie za to cenię jej teksty, za tę prostotę i naturalność. Ja mam trochę inny styl, uwielbiam operować metaforą, moje teksty są bardziej abstrakcyjne. Bardzo lubię to, że ludzie różnie interpretują moje teksty, myślę, że są dzięki temu bardziej uniwersalne.

Jednak język Marysi Peszek to raczej język manifestu. U Ciebie, w Brokacie, to bardziej język opowieści.

Tak! Marysia ma dużą umiejętność mówienia o ważnych rzeczach w bezpretensjonalny sposób, bez nadęcia. Jej teksty bywają bardzo dosadne, ale korzystają właśnie z codziennego języka, uważam, że to jest świetne.

Baasch. Ograniczenia rodzą kreatywność

Uciekając na chwilę od słów, skupmy się ogółem na płycie. Brzmienie nowej płyty ma w sobie pewny minimalizm, równowagę. W mojej opinii dość mocno różni się od Grizzly Bear With A Million Eyes. Co zmieniło się w Twoim instrumentalno-technicznym setupie? Pojawiły się jakieś nowe rozwiązania?

To, że znajdujesz w mojej płycie minimalizm, odbieram jako komplement. Cały czas staram się ograniczać ilość instrumentów czy śladów do minimum. Ciągle się tego uczę. Dla mnie kunszt producencki polega na tym, że przy użyciu trzech dźwięków jesteś w stanie stworzyć cały świat. Jeśli zatem Twoim zdaniem pod tym względem moja nowa płyta różni się od poprzedniej, to jest to dla mnie dowód, że się rozwijam.

Mój setup jest dość podobny do tego, z którego korzystałem przy nagrywaniu Grizzly Bear With A Million Eyes. Ograniczenia rodzą kreatywność. Jeśli ograniczasz się, np. w zakresie ilości instrumentów, których używasz, to budzisz w sobie nowe pokłady kreatywności, by wycisnąć z tego tyle, ile się da. Poza tym uwielbiam urządzenia analogowe, uwielbiam hardware, a więc siłą rzeczy ograniczam się do jakiejś rozsądnej ich ilości, bo po prostu nie mam na nie więcej miejsca i pieniędzy (śmiech) Podsumowując – korzystam w zasadzie z tego samego setupu, co przy poprzedniej płycie.

Baasch. Dziedzina najbardziej podatna na człowieka

To naprawdę zaskakujące, zwłaszcza, że miewałem momenty słuchając Twojego nowego albumu, że słyszałem dźwięki zupełnie różne i nieobecne na poprzednim krążku. Twoje słowa o wpływie ograniczenia na kreatywność potwierdza Wojtek Urbański, który także powiedział mi kiedyś, że przystępując do pracy nad muzyką korzysta z określonych urządzeń i stara się je jak najmocniej eksplorować.

Wiesz, jeśli zbudujesz setup składający się wyłącznie z trzech instrumentów i dasz je dwóm producentom, by nagrali muzykę za ich pomocą, to powstaną dwa zupełnie różne materiały. To definiuje styl producenta. Oczywiście nie tylko chodzi o technikalia. Każdy producent inaczej myśli o konstrukcji utworu. Dopiero połączenie tego wszystkiego daje nam obraz, jak tworzy i myśli o muzyce dana osoba.

Uwielbiam muzykę elektroniczną, bo to bardzo plastyczna materia, z której można lepić nowe rzeczy bez końca, używając wciąż tych samych środków. Myślę, że jest to dziedzina w muzyce, która jest najbardziej podatna na działanie człowieka. Wystarczy przekręcić inaczej gałki syntezatora, by już diametralnie zmienić brzmienie. Jednak mimo, że kocham analogowe instrumenty, to staram się nie być oldschoolowcem i nie zamykam się na inne rozwiązania.

Baasch, fot. Yan Wasiuchnik

Baasch, fot. Yan Wasiuchnik

Baasch. W drodze na post-apokaliptyczny rave

No właśnie! To ważne, co mówisz, bo słuchając Twojej płyty momentami zamigotały mi lata 80., to jednak cała płyta brzmi dla mnie bardzo współcześnie, wręcz futurystycznie. Znasz serial Westworld?

Nie.

Dla mnie jest to jedna z ciekawszych wizji futurystycznego świata, nieszczególnie odległego od czasów współczesnych. Twój album to dla mnie ścieżka dźwiękowa do przejażdżki po mieście przyszłości w drodze na post-apokaliptyczny rave, w miejscu, do którego wstęp mają tylko ci, którzy o nim wiedzą.

Na maksa podoba mi się ta wizja! (śmiech)

Myślę, że ta płyta ma w sobie pewien apokaliptyczny pierwiastek, jest w niej też dużo o mieście. To miejska płyta.

Baasch. Inspirujące utrapienia

Też tak sądzę i wydaje mi się, że na tym albumie trochę mówisz o tym, jak wyglądają emocje i relacje współczesnego człowieka żyjącego w dużym mieście. Nie potrzeba nam było pandemicznej izolacji, gdyż wielu z nas czuło się w nim samotnie nawet jeśli każdego dnia otaczają nas setki ludzi.

Tak, ta płyta to narracja o teraźniejszości. Nie odbieram współczesności jako okresu złego dla jednostki czy dla relacji międzyludzkich. Oczywiście bardziej skupiam się na towarzyszących nam mrokach, bo to mnie głównie inspiruje. Rzeczy, które mnie trapią, są dla mnie powodem do przemyśleń, medytacji, jakiegoś oderwania się od rzeczywistości. Te przemyślenia są później w moich piosenkach. W stanach radości nie ma miejsca na głębokie analizy.

Baasch. Balladyna z domu do domu

Wspominałem o Twojej współpracy z innymi artystami, ale jak dobrze wiemy, nie zamykasz się tylko na tworzenie strice piosenek. Wszak poznaliśmy się krótko po premierze filmu Płynące Wieżowce. Natomiast niedawno podzieliłeś się informacją o skomponowaniu ścieżki dźwiękowej do Balladyny w reżyserii Oskara Sadowskiego. To dość nietuzinkowy projekt. Opowiedz o nim.

To bardzo nietuzinkowy projekt, bo moment, w którym powstał, był nietuzinkowy. Początek epidemicznych obostrzeń, izolacja – to wszystko miało wpływ na jego wyjątkowość, bo zdeterminowało warunki jego stworzenia. Aktorzy byli zamknięci we własnych domach, sami przygotowali sobie kostiumy i scenografię, sami nagrywali się za pomocą telefonów. Powstały w ten sposób materiał był bardzo eklektyczny i pozwolił na nagranie bardzo eklektycznej muzyki. Przyznam, że praca nad nią pomogła mi przetrwać okres izolacji, bo w całości skupiłem się właśnie na niej.

Sam mój udział w tym projekcie mocno się rozrósł. Początkowo miałem nagrać dwa utwory, ostatecznie powstał obszerny materiał, który będzie wydany w formie albumu.

Baasch. Powrót do „starej rzeczywistości”

Zastanawiałeś się już, jak mogą wyglądać Twoje koncerty w nowej, post-pandemicznej rzeczywistości?

Jeśli o tym myślę, to raczej zastanawiam się, jak długo potrwa powrót do “tamtej, starej rzeczywistości”, a nie jak będzie wyglądać nowa. Wiesz co, po prostu lubiłem tamten świat. (śmiech) Lubiłem tamto życie, tamte koncerty i tamte festiwale. Byłoby mi cholernie przykro, gdyby w nowej rzeczywistości to wszystko gdzieś zniknęło, albo było ograniczone. Chyba wciąż chcę się faszerować nadzieją, że przyszłość będzie jednak powrotem do przeszłości sprzed epidemii, a nie próbą wymyślania świata na nowo.