Audioriver Festival – RELACJA MUNO.PL

Relacja

Emocje po festiwalu Audioriver już nieco opadły. to doskonały moment na podsumowanie tego niezwyklego wydarzenia!

Nic lepiej nie świadczy o znakomitej kondycji danego festiwalu, niż jego stały progres oraz obserwacja rzeczy dotąd niewidzianych podczas poprzednich edycji. To wielka sztuka dla wszystkich organizatorów tego typu przedsięwzięcia, aby każdego roku nadawać imprezie element zaskoczenia oraz podnosić już i tak wysoko zawieszoną poprzeczkę.

ZOBACZ ZDJĘCIA:

Audioriver to dzisiaj nasz najlepszy krajowy, imprezowy produkt, jakim możemy się pochwalić – w dziedzinie letnich festiwali z muzyką stricte elektroniczną Polska jest dzisiaj bardzo mocna, jednak pierwsze skrzypce gra tu od wielu lat płocki festiwal. Wsparcie tej najciekawszej inicjatywy w naszym kraju to w moim wypadku naturalna kolej rzeczy, nie wyobrażam sobie, aby mogło mnie tam zabraknąć. Powodów jest kilka.
Przede wszystkim lokalizacja. Naturalna scenografia Audioriver to rzecz wychwalana przez wszystkich, głównie przez artystów, którzy wspólnym głosem twierdzą, że w tak niesamowitej scenerii przychodzi im grać bardzo rzadko. Nie ma co się dziwić, krajobraz musi się podobać – piaszczyste podłoże, wśród drzew z widokiem na Wisłę, no i ta niezwykła skarpa. Trudno o lepsze miejsce dla festiwalu. Na samym jego terenie wszystko wygląda perfekcyjnie, problemy jednak zaczynają się poza nim. Płock to małe miasto, które zwyczajnie nie jest przygotowane na przyjęcie wszystkich uczestników. Ciężko mieć jednak o to pretensje, rozbudowana sieć hotelowa po prostu nigdy tam nie była potrzebna – Audioriver to największe wydarzenie w tym mieście skupiające tak dużą ilość ludzi.
Rewelacyjnym rozwiązaniem okazała się scena na Rynku, gdzie mogli zaprezentować się większej publice młodzi i ambitni producenci naszego kraju. Nie można zapomnieć o całodziennych targach muzycznych –  to świetne miejsce dla każdego, dla kogo muzyka nie kończy się na występie swojego ulubionego artysty. Organizatorzy wiedzą, jak ważna jest edukacja – na każdym kroku dają nam znać, że ich projekt to coś więcej niż standardowy festiwal z muzyką elektroniczną. Wisienką na torcie było kino festiwalowe, zwłaszcza obraz „Glastonbury: The Movie in Flashback”.
Z dodatkowych poza festiwalowych muzycznych aspektów wyróżnić trzeba przede wszystkim fantastyczną inicjatywę agencji C&C Bookings oraz kolektywu Szajse Records. Druga edycja On Boat! to 2-godzinne rejsy po Wiśle z najlepszymi Polskimi dj’ami podczas sobotniego i niedzielnego dnia. Świetna alternatywa dla lubiących w sposób niebanalny spędzać czas między festiwalem – wymarzona wręcz okazja do nieszablonowego before’u czy afteru.
Organizacyjnie Audioriver wypada bardzo korzystnie, zauważalny progres daje nadzieję, że festiwal nadal będzie się rozwijał. Z nowości trzeba wymienić rozbudowane stoisko gastronomiczne, jeszcze większy rozmach w Circus Tent oraz optycznie powalającą Wide Stage. Nagłośnienie jak zwykle na najwyższym poziomie, zwłaszcza w niebieskim, technicznym namiocie z najbardziej specyficznym basem, jaki miałem okazje słyszeć. Warto pomyśleć o poprawieniu mocy na wspomnianej scenie Wide, zwłaszcza w kontekście występów artystów pokroju Functiona czy Xhina, ktorych muzyka potrzebuje odpowiedniego natężenia basu.
Tegoroczny line-up to jak zwykle po mistrzowsku zbalansowany koktajl, szeroki wachlarz gatunkowy musiał zadowolić najbardziej eklektycznego fana muzyki elektronicznej. Organizatorzy przez lata nabyli niezwykłą cechę muzycznej edukacji uczestników Audioriver – ciężko zliczyć przypadki, kiedy dany odbiorca sfokusowany na konkretnych artystów, przechadzając się między scenami zostawał na dłużej przy proponowanej, równie ciekawej alternatywie. To prawdopodobnie jedyny taki festiwal w Polsce, gdzie w ciągu jednej nocy usłyszymy popieprzone francuskie electro, eksperymentalne, mroczne techno rodem z betonowego parkietu Berghain, psychodeliczny progressive czy rozmarzony, liryczny ambient. Moim zdaniem to największa siła Audioriver – sytuacja, w której można posłuchać swoich faworytów, odkryć nowe i przyjrzeć się nieznanemu.
Wybitna holenderska przedstawicielka muzyki tanecznej, wieloletnia rezydentka europejskiej świątyni house – Steffi – to pierwszy element muzycznej układanki tegorocznej edycji Audioriver. Jej niekończące się sety w Panorama Bar kojarzyły nam się do tej pory z hipnotycznymi, spoconymi podróżami w głąb minimalistycznych, wysublimowanych dźwięków. W Circus Tent dostaliśmy potężną dawkę żywiołowej muzyki, z tej strony tej pani jeszcze nie znaliśmy. Lepszej introdukcji do głównych aktorów nocy nie mogliśmy sobie wymarzyć.
Tradycją pomału staje się wizyta na Płockiej plaży artysty związanego z wytwórnią Chrisa Liebinga. Monoloc to kolejny po szefie i Tommy Four Seven reprezentant frankfurckiego techno sygnowanego marką CLR. To prawdziwa sztuka zagrać między damą house a ojcem chrzestnym techno – Sascha wyszedł obronną ręką, stawiając na swoje brzmienie, nie przejmując się za bardzo swoim umiejscowieniem w składzie. Ciekawa żonglerka między wycieczkami w stronę dusznego, ciężkiego techno a jego lżejszym, mniej wymagającym obliczem.
Pojawienie się na Audioriver reprezentanta Underground Resistance wywołało u mnie salwy ekscytacji, zwłaszcza, gdy mowa o jego głównej postaci – Jeffie Millsie. Żywa legenda, ikona gatunku, inspiracja dla każdego artysty zajmującego się produkowaniem muzyki techno. Tak ciężkiego tematu w Circus Tent jeszcze nie było w jego historii – bezkompromisowe, surowe granie w akompaniamencie z pojechanymi wizualizacjami od vj Emiko – takich występów się nie zapomina.
Kiedy po raz pierwszy usłyszałem Quentina Dupieux w Poznaniu wiedziałem, że muszę ponownie przeżyć zafundowany mi wówczas muzyczny rollercoaster. Los chciał, że monsiuer Oizo powrócił do nas w tym roku i to od razu na main stage Audioriver. Dostałem dokładnie to, czego się spodziewałem – było śmiesznie, strasznie ale przede wszystkim zabawowo. Półtora godzinna wycieczka po zaułkach nadsekwańskiej elektroniki; szykownych brzmieniach proto-electro, obłędnym glitchu i karmelowym disco. Skrajne reakcje wśród publiczności to już standard podczas występów mr. Oizo, od zachwytu po zniesmaczenie serwowaną wixą – fakt, nie każdemu przypadnie do gustu klasyczna francuska elektronika podszyta ekstrawagancką zabawą z abstrakcyjnymi brzmieniami.
Ostatnie dwa występy należą do najlepszych, na jakie trafiłem zarówno podczas tej edycji jak i całej, czteroletniej przygody z tym festiwalem. Najpierw Dave Sumner aka Function ze swoim potężnym live-actem zaserwował głównie swoje produkcje z jednego z lepszych techno albumów ostatnich lat, wydanego nakładem Ostgut Ton „Incubation”. Perfekcyjnie budowane napięcie nie pozwoliło nikomu zejść z jego seta, przez cały występ atakowani byliśmy niepokojącym, gęstym mrokiem – oby więcej takich postaci w Płocku.
Kończący najbardziej techniczny namiot duet Ame & Dixon to prawdopodobnie najlepszy closing w historii festiwalu. Ciężko opisać tą blisko cztero-godzinna podróż – panowie z Berlina zabrali nas gdzieś daleko w głąb samych siebie, gdzie wrażliwością dobranych kawałków dosłownie przeszywali ciało. Mistrzowski suspens zabierał nas momentami w miejsca, gdzie stopa znikała a pojawiały się dźwięki z innych galaktyk. Genialna selekcja, piękna muzyka, wyjątkowa atmosfera – nie mogę doczekać się powrotu obu panów na Polską ziemię, tym razem z osobnymi setami w klubowej przestrzeni.
Drugi dzień muzycznie wypadł nieco bladziej, choć znalazło się kilka pozycji wartych przypomnienia. Fantastycznie imprezę otworzył Terry Francis, naczelny zawodnik Londyńskiego Fabric – skutecznie rozkręcił pustawym Circusem (patrz: Kalkbrenner na głównej scenie) stawiając na mocno taneczny groove. Matador dokończył to, co zaczął Francis, bombardując swoimi minimalowymi, melodyjnymi bombami. Nie zabrakło największych produkcji Irlandczyka, co rzecz jasna spotykało się z dzikimi owacjami wśród publiczności. Były hity, był szał – tak to właśnie miało wyglądać. Richie Hawtin dorzucił do pieca po swoim podopiecznym – było mocno, minimalowo, z doskonałą współpracą z Alim Demirelem, jego nadwornym człowiekiem od wizualizacji.
Najciekawiej podczas sobotniej nocy, a właściwie już niedzielnego poranka wypadli Xhin wraz z duetem Minilogue. Pochodzący z Singapuru, główny przedstawiciel wytwórni Stroboscopic Artefacts postawił na ciekawą przejażdżkę między techno, drum’n’bass, dubstepem, muzyką eksperymentalną a nawet hip-hopem – w tym szaleństwie jest metoda. Ostatnie chwile festiwalu należały do Minilogue, którzy wprowadzili nas swoimi psychodelicznym dźwiękami w głąb dzikiej natury. Iście metafizyczne przeżycie z wyjątkową, bardzo osobistą atmosferą – bajka się skończyła.
Światowy line-up i świadoma publika. Miażdżące nagłośnienie i niezwykła sceneria. Warsztaty za dnia i muzyka bez przerwy. Muzyczny raj i produkcyjny sztos. Audioriver to festiwal kompletny, w moim odczuciu najlepszy w Polsce. Do zobaczenia za rok!
Tekst: Paweł Chałupa

Fot: Sławomir Szeląg

Polub muno.pl na Facebooku:

Polecamy również


Imprezy blisko Ciebie w Tango App →