Techno czyni cuda – AUDIORIVER 2016 RELACJA

13 425
News
Techno czyni cuda – AUDIORIVER 2016 RELACJA

"Audioriver wszedł na taki poziom, że każdy fan elektroniki, nie ważne jakiej, czy tej bardziej popularnej, czy mniej może w Płocku odnaleźć coś dla siebie. Dopracowane szczegóły jak np. świetnie ułożony time-table sprawiły, że wszyscy mogli podążać swoją ścieżką i nie nudzić się ani minuty"

Przed wami relacja z Audioriver 2016 od Sandry „Vadi” i Mariusza „Zariusha„. Nasi najmłodsi reprezentanci zbierali wrażenia głownie z Electronic Beats Stage i Circus Tent. Spodziewajcie się już wkrótce także „połamanego” reportażu z Audioriver!



Jedną z niewielu rzeczy, których nie robiliśmy przez 6 lat naszej egzystencji na Audioriver była podróż z Poznania „Wesołym Autobusem„. Naglę zniknął problem kto będzie prowadzić w drodze powrotnej. Znajome „wesołe” twarze, Feelaz, kierownik wycieczki odpalający płyty z muzyką Jacka Sienkiewicza czy Arila Brikha dopełniały wizji techno wycieczki szkolnej.
Feelaz zna się jak mało kto na imprezowaniu na Płockiej plaży. W końcu był na… KAŻDEJ edycji festiwalu. Tak, to znaczy, że jeździ tam od 14 lat, i pamięta czasy protoplasty Audioriver – Astigmatic.

Coroczny wyjazd do Płocka to dla mnie już tradycja. Po tylu latach dziwnie bym się czuł gdyby w czasie trwania tego festiwalu siedział w domu przed telewizorem ; ) Powodów jest wiele… Sama podróż naszym Wesołym Autokarem to zarówno dla mnie jak i dla wielu innych stały punkt programu i ważna część wyjazdu. Uwielbiam spędzać również sobotnie popołudnie na rynku niezależnym, gdzie można spotkać mnóstwo znajomych z całej Polski. No i sama lokalizacja festiwalu jest jedyna w swoim rodzaju – widok ze skarpy co roku zapiera na moment dech w piersi.

Na pewno najfajniejsza zmiana to rozwijająca się od kilku lat prężnie scena zwana w tym roku Electronic Beats Stage. Muzycznie i pod względem klimatu to dla mnie numer jeden festiwalu.

DZIEŃ 1

Do Płocka dotarliśmy z poślizgiem, późno. Na ostatnią chwilę zdążyliśmy odebrać swoje akredytacje, co zaowocowało dotarciem do bram o północy. Na chwilę festiwalowy nastrój zepsuła przeszukująca dokładnie torby ochrona. Nigdy wcześniej tego nie było, no ale cóż, takie czasy. Terrorystyczne myśli szybko jednak z głowy wywiały pędzące dramowe bity z Hybrida. Od kilku lat zawsze wchodzimy i wychodzimy od strony molo – wszystko, byle by tylko uniknąć spotkania ze „schodami śmierci”, które wyduszają resztki powietrza z płuc. Jednak wszystko ma swoją cenę. Przed bramą obok Hybrida, co roku organizowana jest impreza pod hasłem „Przystanek Janusz„. Discopolo i radiowe hity przed samym wejściem na teren największego festiwalu z muzyką elektroniczną brzmią dość ironicznie. Czekam aż właściciel tego przybytku załapie klimat i zaprosi do siebie np. WIXAPOL S.A..

Wmieszaliśmy się w tłum i przytłoczyła nas festiwalowa atmosfera. Dopiero teraz opuścił nas pośpiech a otoczenie zaczęło bombardować informacjami. Duszno, tłoczno, migające światła, imprezowicze we wszelkich stanach skupienia, ktoś krzyczy, ktoś przybija piątkę, przed oczami malują się filmowe kadry. Teraz dopiero poczuliśmy, że jesteśmy w środku Audioriver.

Przystanek pierwszy – Circus Tent. W gruncie rzeczy poszliśmy tam poczuć blask hype’u i fejmu Gesaffelsteina, ale na miejscu zastaliśmy Clerica, który przez głośniki ciskał w tłum niezliczone ilości „talerzy” i bassu. Circus szalał, ale my ruszyliśmy dalej – dla nas impreza dopiero się zaczynała, szukaliśmy czegoś spokojniejszego. Brytyjczyk widocznie chciał dobrze wykorzystać swoje zastępstwo, i galopował tak, ze został zapamiętany jako jeden z najbardziej wyrywających z butów występów Audioriver.

Tezę tę potwierdza poniższe znalezisko. Ktoś na tym występie dokonał ważnego wyboru. Rzucił kulę i ruszył w tłum. Bóg jest didżejem, a techno to religia. Cud.

W drodze na dawny Wide Stage, a teraz Electronic Beats Stage, nasz wieloletni główny punkt koczowniczy w Płocku, pierwszy raz doszło do mnie jak bardzo ta scena odcięta jest nie tylko koncepcją i line-upem, ale też fizycznie. Jest po prostu schowana od całej reszty. Chwilę po północny znaleźliśmy tam czego nam trzeba. Four Tet już występował.

Chyba nigdy nie widziałem na scenie „za krzaczkiem” takich tłumów. Ludzie oblegali wzgórze aż po szczyt. Scena wyglądała wyśmienicie jak co roku. Podświetlone drzewa płynnie łączyły się z wizualizacjami i światłami sceny. Four Tet zdecydowanie był w formie. Ciepły groove, mieszany z szalonymi, dziwacznymi wokalami, przeplatany subami. To miejsce ma w sobie coś magicznego, a Four Tet potrafił podkreślić to muzyką.
Rozgrzani tańcem i głodni dalszych nowości udaliśmy się do Cities Tent. Po drodze nasz niezadowolony znajomy stwierdził, że od jakiegoś czasu w cyrku leci ta sama piosenka. Mijany występ Kölscha zdawał się to potwierdzać. No ale czemu być tu złośliwym, w końcu od tego jest ta scena.
Od samego wejścia namiotu poświęconemu didżejom-herosom lokalnych scen z całej polski uderzyła gęsta atmosfera, którą można było kroić nożem. Mimo czarów Four Teta, nie mogłem przegapić występu siostry z projektu RAUT, Anji Kraft. Ekipa vjska .wju wykorzystała dobrze każdy centymetr powierzonego im ekranu. Szczerze mówiąc, dawno nie byłem pod takim wrażeniem. Olbrzymi ptak falował do ambientowo-dronowego intro Anny, a obraz dopełniały migające plamy światła. Wszyscy wpatrywali się w ekran. Chapeau bas .wju, chapeau bas.

Anja wystartowała, nie żałując nowofalowego techno i prawdopodobnie w tym momencie to było jedyne miejsce na festiwalu, gdzie można było go posłuchać. Mniej więcej tak rysowały się recenzje innych występów w Cities Tent. Czyżby lokalne postacie, miały więcej odwagi i pomysłu niż wielkie nazwiska, grające w prime time na głównych scenach, które rzekomo wyznaczają trendy i ścieżki w muzyce?

Ostrożnie wyszliśmy z namiotu, uważając aby nie potrącić „śniących” i udaliśmy się na kolejny „must-see” – Motor City Drum Ensemble.
Danilo nie bez kozery każe nazywać się „Perkusyjnym całokształtem Detroit„. W jego secie można było usłyszeć każdy gatunek techno i house – mieszał je w tak szalonych kontekstach i połączeniach, że ani trochę nie zdziwił mnie komentarz spotkanego poznaniaka: Kiedyś pojechałem do Berghain, a spędziłem pół nocy na jego secie w Panorama Bar.

Kwasy zmiksowane z disco, funky house z electro? Why not! Kontrasty w jego secie dobrze obrazuje poniższe wideo. Przyjechałem tu na techno, a skaczę do piosenek, których słuchała moja mama. Co się dzieje?
Koniec występu Motora pokrywał się z początkiem seta Svena Vatha. Z kronikarskiego obowiązku udaliśmy się z powrotem do cyrku (tych wycieczek na trasie cyrk – „zakrzak” będzie jeszcze sporo).
Kocham muzyczne festiwale m.in. za to, że z podziemia wyłaniają się prawdziwi bohaterowie rejwu, postacie jak z komiksu. Na naszym szlaku stał niczym drogowskaz, imprezowicz-kulturysta, z nienaganną opalenizną i kaszkietem, którego mógłby pozazdrościć sam Essence. Roznegliżowany (był bez koszulki) techno-gladiator „płynął” spokojnie przy płocie festiwalowej drogi, wpatrzony w falujący tłum ludzi w cyrku i bijące światła ze sceny. Stał tam przez bite dwa dni i zaczęliśmy żartować, że ludzie pewnie umawiają się na spotkanie obok niego, albo zostawiają mu rzeczy na przechowanie.

W Circusie coś się zmieniło. W muzyce oprócz stopy, basu, werbli i hi-hatów pojawiły się tez syntezatorowe melodie. Jeśli chodzi o oprawę wizualną występu legendarnego Svena, to przeszył mnie lekki dreszcz. Portret i jego oczy łypiące z każdego ekranu przywodziły na myśl trochę Orwell’owskie wizje. Jeśli ktoś mówi o przesadnym kulcie didżeja, to z pewnością ma na myśli sety papy. Ogólne wrażenia? Nie porwał mnie, ale raczej się tego nie spodziewałem. Ludzie w Circus Tent jednak ledwo się mieścili. Byłem po prostu w złym miejscu o złym czasie.

Kolejny raz przemierzyliśmy cyrkową pustynię, aby dostać się na scenę za krzakiem. Octave One już ruszyli. Występy braci Burden zawsze wywołują we mnie te same pytania. Jak oni ogarniają tyle maszyn na żywo, przy tak krystalicznym brzmieniu? Ich sound jest po prostu imponujący. Możesz wsłuchać się w każdą ścieżkę z osobna lub zlać je w jedną perfekcyjną całość. Towarzystwo na Electronic Beats nieco się ożywiło, czepiając się fali wesołej energii detroit techno.

Gdzieś pod koniec ich występu zaczęło wschodzić słonce – mój ulubiony moment festiwalu. Pierwsze promienie dodawały energii, a scenę po braciach przejął kolejny duet – Vrilski.
Vril i Voiski po krótkiej chwili przerwy rozkręcali na nowo tłum. Mniej wesoło, bardziej melancholijnie ale za to nowocześnie, hipnotycznie i mocniej. Szarość, zmiana nocy w dzień podkręcała trip, który zafundowali. Nad ranem każdy już wytańczył pod sobą spory dołek.
Gdy muzyka ucichła a światła zgasły, udaliśmy się na nocleg okrężną drogą, przez Audiopole. Ludzie dopiero się schodzili, zakopaliśmy się chwilę na piasku łapiąc oddech i dystans do atrakcji ubiegłej nocy. Jeszcze tu dziś wrócimy!

DZIEŃ 2

Nie spaliśmy zbyt długo. Mieliśmy w sobotę do zaliczenia kolejno festiwalowy rynek, rejs On Boat i mój set na Audiopolu. Popołudniu na rynku było widać efekty ostatniej nocy. Wszystkich równo dotknął syndrom dnia poprzedniego. Szczytem szaleństwa było maczanie nóg w fontannie.

Pośród wszystkich wystawców, oczywiście największy szum zrobił w okół siebie festiwal Up To Date. Kolejka do „Pozdro Techno Secondhandu” ustawiała się jeszcze przed otwarciem. Wpadłem na współtwórcę projektu, Dtekka i zapytałem go o różnice i podobieństwa festiwali w Płocku i Białymstoku.

Największą różnicą jest rozmiar. Od samego początku chcieliśmy pozostać małym festiwalem. Audioriver jest imprezą o wieloletniej historii, wielkim rozmiarze i bardzo dużym wpływem na scenę. Gdyby nie ten festiwal, to Polska scena nie była by taka prężna i trzeba tutaj oddać hołd. Największe podobieństwo? Na obu festiwalach jest techno i muzyka basowa. Jest sporo artystów, których byśmy chcieli mieć u siebie, i pewnie część „naszych” artystów mogłaby wystąpić tutaj. Ja np. bardzo mocno chciałbym mieć u siebie Trade. Dziś na pewno ich zobaczę, chce się wyluzować. Bez ciśnienia chłonąć to co jest a nie biegać z książeczką i odhaczać kolejne punkty programu.
Niestety nie zrobiliśmy Jędrzejowi zdjęcia, ale zapewnił, że mi „jakieś” podeśle. Dzięki Dtekk! ; )

fot. Tomasz Kulesza
Na koniec dodał tylko, że jeśli się nie pojawię się w tym roku na Up To Date to mnie zabije. Rozeszliśmy się w swoje strony – my na rejs z Szajse Records, a Jędrzej poszedł pilnować interesu.
Rok temu trafiliśmy na pierwszy sobotni rejs, i był ciężką przeprawą przez afterowy stan umysłu. Tym razem wybraliśmy się na ponoć najbardziej oblegany, z ekipą Szajse. Sieradzki i Kozakov sypali hałsowymi sztosami zza konsolety, słońce grzało, wiatr chłodził – wszystko było na swoim miejscu.

Po zejściu na ląd mieliśmy jakieś 30 minut na dostanie się na Audiopole. Przedarliśmy się przez jeszcze opustoszały teren festiwalu, który wydawał już z siebie dźwięki soundchecków. Nie obyło się bez wizyty w namiocie „Fashion Nights” czyli skondensowanym i wyselekcjonowanym „Fashion Day” z poprzednich lat.

Nieoficjalne miejsce b4 i afterparty rok w rok jest coraz większe i coraz bardziej oblegane. Ciężko mi relacjonować swój własny występ, więc napisze tylko krótko, że był świetny ; )

Mój zmiennik, Stinsion czarował głęboko i dubowo. Ledwo zdołaliśmy wygrzebać się z piasku. Dzień zamieniał się w noc, łapaliśmy tę chwilę jak najdłużej.
Szybka regeneracja. Nasza opcja na nocleg? Kawałek podłogi w stołówce odlskulowym internacie. Jeśli zazwyczaj jesteś tak zmęczony, że obojętnie gdzie, zasypiasz od razu, to wiele takich podłóg czeka na Ciebie w Płocku za 15 zł za noc. Podróż w czasie gratis.

Noc zaczynamy od występu Scuby. Artysta, który w swojej karierze przerobił chyba każdy gatunek muzyki elektronicznej, ostatnio w setach skupia się na „klubowo-festiwalowym techno„. Perkusji cyrkowcom nie żałował.


Filtr drop, filtr drop. Po chwili tego było już za wiele i udaliśmy się na występ DJ Shadowa. Aż nie chciało mi się wierzyć, że trafiliśmy akurat na wokal z „Six Days„. Myślałem, że na Four Tet były rekordowe tłumy, ale Shadow na pewno to przebił. O ile to możliwe, w tym momencie było więcej ludzi na Electronic Beats stage, niż na zawsze obleganym Main. Jego występ skłaniał raczej do siedzenia na trawce, niż pląsów. Czekaliśmy na Surgeona z Blawanem. Podobały mi się te zwroty akcji w line-upie naszej ulubionej sceny. Trzeba też przyznać, że time-table był w tym roku wyśmienicie ułożony. Niezależnie od tego, który namiot najbardziej Cie interesował, którą ścieżką elektroniki kroczysz, mogłeś ze spokojem zaplanować swoje noce i raczej nic Cie nie ominęło.
Techniczna przerwa, zamiana stołów, Surgeon i Blawan wchodzą na scenę. W tym momencie przypomniał mi się cytat z Gwiezdnych Wojen „Dwóch zawsze ich jest. Nie mniej, nie więcej. Mistrz i uczeń.”

Według Discogs, dyskografia Blawana zaczyna się w 2010 roku, a Surgeona w 1996… Niemniej, Blawan sporo namieszał na scenie techno, a jak pomyślę o ubiegłorocznym występie Karenn (Blawan + Pariah) na Audioriver to do dziś mam ciarki.

Pierwsze dźwięki popłynęły z syntezatorów modularnych, i zgromadzeni, oczekujący ludzie zbiegli wesoło z wzgórza w podskokach. Zbiegliśmy i my. Brzmienie tak samo ciepłe, miłe jak na Octave One dzień wcześniej. Magia.

Czas na małe wyrwanie się z Electronic Beats Stage. Energiczny koncert Crystal Castles. Zdania co do ich występu były podzielone. Mam wrażenie, że nie wszyscy pokochali nową wokalistkę bandu. Jednak braku energii na scenie nie można jej zarzucić.

Zgubiłem na chwilę Sandrę, i zgadnijcie gdzie się umówiliśmy na spotkanie? Tak, obok napakowanego rejwera. Żart stał się rzeczywistością. W drodze powrotnej na występ Antigone i Francois X, zajrzeliśmy do cyrku aby sprawdzić jak się trzyma Richie Hawtin. Pierwsze wrażenie? Ciemność. Hawtin schował się w aurze mroku. Dokładne przeciwieństwo Svena Vatha dzień wcześniej.

Wielkie nazwiska nie są specjalnie w naszym guście, szukamy raczej wielkich doznań. Wracamy na Electronic Beats.

Antigone już grał, ezoteryczne, głęboko z przełamanym rytmem. Tłum dał mu się porwać, i falował z zamkniętymi oczami. Raz po raz wybudzał ludzi kwaśnym transowym motywem, aby na koniec zagrać bardzo upliftingowo. Bardzo przyjemny i klimatyczny występ na niemalże zakończenie festiwalu.

Francois X zmienił po nim klimat na bardziej repetytywny, perkusyjny, bardziej circusowy. Set był ciekawy, ale po prostu nam o tej porze już nie leżał. Wróciliśmy więc do największego namiotu festiwalu, gdzie closingiem zostali zaszczyceni The Martinez Brothers.

Na piaskach circusa nie rośnie ani jedna kępa trawy, ale przedpole namiotu każdego ranka niesie jej intensywny zapach. Z pewnością pasował do grooveu lejącego się z głośników. Bracia z Bronxu płynęli z tłumem, a my rozejrzeliśmy się po okolicy.

DZIEŃ 3

Czas na wisienkę na torcie, czyli Audioriver Sun/Day. Imprezowy piknik w parku między ulicami Mostową a Rybaki jest miękkim lądowaniem przed powrotem do szarej rzeczywistości. Dodatkowe dekoracje odświeżyły parkowy klimat.

Ciepłe, głębokie hałsy koiły zmęczonych trzecim dniem walki uczestników festiwalu, a Ci którzy jeszcze mieli w sobie trochę sił mogli poszaleć na drum n bassowej scenie między drzewami. Rozłożeni na trawie, snuliśmy podsumowanie tegorocznej edycji Audioriver…


W powyższym tekście obraziłem pewnie niektórych „techno świętych” czy nie poświęciłem uwagi Twojemu ulubionemu artyście. Dlaczego? Ponieważ Audioriver wszedł na taki poziom, że każdy fan elektroniki, nie ważne jakiej, czy tej bardziej popularnej, czy mniej może w Płocku odnaleźć coś dla siebie. Dopracowane szczegóły jak np. świetnie ułożony time-table sprawiły, że wszyscy mogli podążać swoją ścieżką i nie nudzić się ani minuty.

Cieszyły też tłumy na najbardziej niszowej scenie festiwalu. Ustawienie tam takich występów jak Four Tet czy Dj Shadow na pewno sprawiły, że wiele osób trafiło tam po raz pierwszy. Kto wie, może dzięki temu jakaś zbłąkana dusza została tam chwilę dłużej i zakochała się w disco-house czy modularnym techno?
Tekst: Mariusz „Zariush” Zych
Zdjęcia: Sandra „Vadi” Biegun