Dwie noce w Hybrid Tent – Audioriver 2016 RELACJA

6 288
Relacja
Dwie noce w Hybrid Tent – Audioriver 2016 RELACJA

"Mało który festiwal w Polsce traktuje DNB poważnie, więc warto wspierać Audioriver, które w tej kwestii przoduje i nic nie zapowiada się, żeby którekolwiek wydarzenie miało ich jeszcze przez długie lata przebić" - zapraszamy na drum n bassową relację Alegrii (DrumObsession) z Audioriver 2016!

Gdy Audioriver Festival ogłaszał w tym roku nowych artystów, byłem zaskoczony tak dużą liczbą zawodników reprezentujących drum & bass. Z wielu powodów miałem niestety w tym roku nie dotrzeć, a jednak losy potoczyły się inaczej i jestem wdzięczny, że się udało! Jeśli więc interesuje Cię moja mocno subiektywna relacja, a okazjonalne przekleństwo w tekście nie powoduje, że obrażam Twoje uczucia religijne, czytaj dalej…

Dzień 1

Na teren festiwalu udało się dotrzeć dopiero podczas live actu Frederica Robinsona, który w tegorocznym timetable miał przejąć pałeczkę od gospodarzy (NeverAfter) jako pierwszy zagraniczny headliner. Niespodzianek brak: młodziak ze Szwajcarii zagrał pięknie, z duszą i polotem, a w dodatku przyjemnie było z nim zamienić potem dwa słowa. Następnie na scenie pojawił się Dub Phizix i jego nadworny MC – Strategy. Po występie tego pierwszego na Wide Stage w 2012 wiedziałem, czego się spodziewać (np zmiany bpm, ale na szczęście zabrakło w tym roku odpałów typu kuduro) i vibe był nawet podobny – porwali tłum do tańca. Strategy spytał mnie przed występem o parę polskich zwrotów i do bólu katował jeden: „zróbcie hałaaaas!”. Choć nie wszystko było muzycznie z mojej parafii, to nie da się ukryć – ciężko zapracowali na status gwiazd.

Tymczasem na scenę przybył Jaguar Skills, któremu chyba powinienem podziękować za niedojechanie rok temu (dzięki czemu dostałem szansę zagrać spontaniczny warmup na Hybrid). W tym roku dojechał i wjechał z buta. Cóż, mi te buty kompletnie nie pasują jeśli chodzi o muzyczną stronę tematu poza paroma naprawdę cwanymi i ładnymi wstawkami (ale nie chodzi mi o Darude – „Sandstorm”, które – o zgrozo – też się pojawiło). Natomiast nie można mu odmówić ani showmańskiego talentu i ognia za deckami, którym zaraża ludzi, ani tego co najważniejsze i co jest częścią jego ksywy: SKILLA DJskiego. Ja jednak kroki skierowałem w tym czasie na Electronic Beats Stage i wylądowałem na Four Tet, a ten dość dobrze ukoił moje nerwy skołatane dawkami wiksy.

Wiadomo jak to jest na festiwalu: nie da się wszystkich zobaczyć, ale timetable był ułożony według mnie na tyle fortunnie, że udało się złapać większość interesujących mnie tematów. Powrót na Hybrid wycelowałem tak, by ominąć Caspę i Rusko, których nie trawię. Nu:Tone i Logistics dostarczyli to, czego mi osobiście zawsze brakuje na festiwalach, czyli niewiksiarskiej melodii, z duszą. No dobra: paru rzeczy, które zagrali wolałbym nie usłyszeć, ale i tak lepsze to niż zawód, który zgotowała mi jedna z największych legend w tegorocznym lajnapie…
Dillinja, na którego tak czekałem i którego nigdy wcześniej nie miałem okazji widzieć na żywo był moją cichą nadzieją. Jedna z legend, która położyła fundamenty pod ciężki dramenbejs i którą inspirują się do dzisiaj nawet inne legendy, wreszcie miała wystąpić w Polsce po latach nieobecności. Była tylko jedna wątpliwość: zagra oldskulowo (marne szanse), po prostu ciężko, czy wręcz chamsko i wiksiarsko? Ufałem, że może te wszystkie opowieści znajomych i nagrania jego setów, które słyszałem online mogą jednak nieco przekłamywać rzeczywistość i chamstwa nie będzie. O ja naiwny! Po dwóch, trzech dobrych numerach zaczęła się kawalkada tandety typu „Bricks Don’t Roll” Hazarda czy „Mr Happy” (wiedziałem, kurwa, WIEDZIAŁEM, że to zagra 🙁 ). W drugiej połowie seta nieco odkupił winy dogrywając trochę klasyków pod typu „True Romance”, „LK”, „Brown Paper Bag” czy „Alien Girl”, ale umówmy się: nic nie ratuje twojej reputacji, jeśli grasz Mr Happy.

Było mi po tym secie okropnie smutno. Wiedziałem, że produkcje cesarza basu już od dawna są dramenbejsowymi odpowiednikami disco polo i jego czas dawno minął, ale musiałem przekonać się o tym na własne uszy. Jeżeli przy jego ksywie nie pojawi się „old school / classic set” albo inny epitet nawiązujący do dawnych lat, to Karl Francis po prostu rozczaruje każdego, kogo irytują wiercące bamberskie melodyjki.

Dillinja wyczerpał mnie do tego stopnia, że nie miałem sił wysłuchać do końca seta, którego o 4:30 rozpoczął Xtrah. Spodziewałem się godziny mocnego neurofunku, a o dziwo Brytyjczyk grał seta w sposób dość wyważony. Szczerze mówiąc, dla mnie była to dość ostra sinusoida, bo po jednym kawałku zajebistym, albo chociaż dobrym, przychodził średni lub gorszy. Wkrótce postanowiłem się ewakuować i zachować siły na kolejne dwa dni festiwalu.

Dzień 2

Schodzących ze skarpy ludzi witały dźwięki z Main Stage, a tam C2C, czyli czwórka Francuzów czyniących cuda. Wielokrotni mistrzowie turntablistycznych mistrzostw DMC (a także mistrzowie świata ITF) pokazali więcej, niż z reguły można się spodziewać po występach turntablistów – prawdziwy show! Zajebiste wizualizacje na froncie DJki sprzęgnięte z muzyką, no i co najważniejsze: skills to pay the bills. Wisienką na torcie było móc usłyszeć ich rutynę DMC z 2005 roku. Jak dla mnie absolutny top 3 tego Audioriver!

Tymczasem na Hybrid grał już Cyantific i tu nie miałem złudzeń: miała być wiksunia i jazdeczka… i były! Owszem, skilla DJskiego od dawna nie można mu odmówić, ale mógłby zrobić z nim coś bardziej pożytecznego. Na BSE nie miałem nawet zamiaru zostawać, żeby się nie wkurwiać (chociaż wiem, że to zdanie skreśla w oczach wielu ich fanów całą moją relację, ale trudno – kwestia gustu), a kroki swoje skierowałem do Circusa na Scubę. Czego nie udało się rok temu Joy Orbisonowi, w tym roku uczynił właśnie Scuba. Zatrzymał mnie na całą godzinę w namiocie, w którym nigdy dotąd nie spędziłem dłużej niż pół godziny. Co prawda było dość mocno i srogo, a miałem nadzieję usłyszeć też nieco więcej melodyjnych wydawnictw z jego Hotflush Recordings, ale co robić!


Autor tekstu dogłębnie analizuje występ Scuby fot. Zariush

Trochę bez przekonania postanowiłem udać się z powrotem do Hybrydy usłyszeć co nieco Mefjusa. I tu niespodzianka: przywitał mnie dźwiękami tjunów od Ivy Lab czy Alixa Pereza! Co prawda trafiłem tam dopiero w połowie jego seta, ale tego typu różnorodności od niego nie oczekiwałem i tym Austriak bardzo u mnie zapulsował. Owszem, była też wiksa w odmianie neuro (czytaj: dużo neuro, mało funku), ale tu nie było opcji, żeby jej uniknąć. Opcja taka natomiast była przy występie Calyxa i Teebeego. Ja co prawda nie miałem złudzeń po ich ostatnich wydawnictwach dla RAM, ale tak czy siak zostałem sprawdzić jaki robią pożytek z tak wielu CDJów na scenie. Znowu – skill się zgadza, ale to co z nim robią do mnie nie trafiło. Poza paroma całkiem fajnymi tjunami, które mają duszę i flow, było sporo festiwalowego grania w złym tego słowa znaczeniu. No, ale co ja tam wiem o życiu!

Wyczekiwałem, aż za deckami pojawi się Seba (tym bardziej, że miałem okazję usłyszeć od niego na początku lipca seta tak dobrego, że mój apetyt rósł aż do Audioriver). Za Robertem Manosem na żywo nie przepadam odkąd zobaczyłem go na Sun And Bass, ale nie przeszkadzał tak bardzo, jak wielu MCs potrafi (choć śpiewane jego delikatnym głosem wstawki podczas mrocznego jungle nadal uważam za mocno nietrafione). Szwed zaś zagrał jednego z najbardziej dojrzałych setów drum & bassowych, jakie miałem okazję usłyszeć jako festiwalowicz na Audioriver! Połączył swoje rozpływające się i rozmarzone atmosferyczne rzeczy (nie mylić z jego klasycznymi atmo dla Good Lookingu!) w kontraście ze sztywną penerką siekającą klasycznymi breakami perkusyjnymi po ryju. Zajebiście zbudował opowieść i selekcją trafił prawie w stu procentach w to, co chciałem usłyszeć i aż żal, że dostał tylko godzinę w timetable. Nie jest bowiem sztuką zagrać godzinę napierdalania, ale wręcz przeciwnie – umiejętnie połączyć rzeczy lżejsze z cięższymi tak, żeby jedno przepływało logicznie w drugie.
Sobotę idealnie podsumował Jubei, choć tu nie obyło się bez poważniejszych problemów technicznych, bo coś stało się z nagłośnieniem i miałem wrażenie, że trwało to pierwsze 10-15 minut, przez co bez wątpienia stracił nieco publiki. Nadal robił jednak swoje, ale myślę, że o nagraniu (które w ramach promowanego przez Jubeia i SP:MC projektu ZONES mogłoby się pojawić na ich stronie) możemy zapomnieć. Wracając jednak do muzyki: Jubei zagrał chyba najwięcej tjunów, które kocham (jak chociażby „Something Borrowed, Something Blue” Blocksa i Eschera czy „Manchester’s Heart” Marka Systema!) i grał mega różnorodnie. Nie pozwolił się nudzić i moim zdaniem to kolejny artysta, który rozwaliłby wszystkim mózgi, gdyby dostał więcej czasu. Dopiero ból pleców pod koniec jego seta przypomniał mi, że nie mam już 20 lat i pora iść na spoczynek, bo niedziela sama się nie zrobi.

Dzień 3

Odkąd rok temu pierwszy raz doświadczyłem trzeciego dnia Audioriver, Sun/Day pozostaje jedną z moich ulubionych części festiwalu. Począwszy od prze-kozackiej lokalizacji w środku parku, a kończąc na zajebistym doborze artystów (wiksiarzom i tandecie na szczęście – przynajmniej na papierze – wstęp wydaje się wzbroniony). Ja niestety dotarłem dopiero na SpectraSoul (BECAUSE STAROŚĆ), ale jestem pewien, że każdy, kto dotarł od początku dostał syty muzyczny balsam na niedzielne zmęczone uszy od Hattiego Vattiego, Azbesta czy SATLa. Z kolei Jack reprezentujący SpectraSoul zagrał imprezowo, ale z klasą. Sporo nowo-szkolnych bujających bitów (także na pół tempa) i – jak się domyślam – nadchodzących rzeczy z ich wytwórni Ish Chat.
Absolutnym zwycięzcą drum & bassowej części festiwalu obwołuję niniejszym Calibre’a, którego nie bez powodu nazywają The Music Man. Dwie godziny zajebistego DNB z duszą było dokładnie tym, czego moje uszy potrzebowały w ten weekend. Do tego świeżynki od niego samego, Marcusa Intalexa i wielu innych – same smaczki! Mimo obolałych wszystkich kończyn przetańczyłem te dwie godziny jakby to było może z dziesięć minut. Ani się nie obejrzałem, a na scenie pojawił się Brazylijczyk, który był niejako patronem niedzielnej sceny – DJ Marky (co ciekawe, jest on jedną z tych postaci, które pojawiły się na festiwalu rok po roku). Jego występu niestety zbyt długo nie posłuchałem, bo godzina zrobiła się późna, a poniedziałkowa rzeczywistość już zaczynała dobijać się drzwiami i oknami.


fot. Audioriver

SŁOWO NA KONIEC

Już od kilku lat obserwuję naprawdę dobrą tendencję. Zwiększa się liczba zapraszanych DJów drum & bassowych i to nie tylko tych najbardziej znanych (jak Calibre, Dillinja, Calyx & Teebee, Seba, Marky, czy Nu:Tone z Logisticsem), ale też tych, których polska publika zapewne nie za bardzo kojarzy (jak Xtrah, Jubei czy Frederic Robinson!). Pisałem już kiedyś: festiwale rządzą się swoimi prawami i niestety lwia część lajnapu musi przyciągać publikę. Ważne jednak, że nie kończy się na tych „przyciągaczach”, a zadbano też o coś dla bardziej wymagających i poszukujących!
Już nawet nie będę psioczył na tandetną Sigmę, bo wśród tych wszystkich tysięcy ludzi śpiewających „Nobody To Love” może kilkaset osób dzięki temu poszuka czegoś więcej, kilkadziesiąt autentycznie podjara się gatunkiem i już mamy wartość dodaną. Niech sobie panowie z Sigmy będą tym „gateway drug”, bo gdy ludzie już zasmakują muzyki w tempie 170(+) uderzeń na minutę, zapewne trafią gdzieś w swoim lub okolicznym mieście na imprezy promotorów, którzy na co dzień starają się budować scenę lokalnie, u podstaw. Wtedy zobaczą jak ogromny i bogaty jest świat DNB, a zatem wszystkie Sigmy, Pendulumy czy DJe Freshe tego świata są nam paradoksalnie bardzo potrzebne.
Wspomniałem o zwiększeniu liczby drum & bassowców w lajnapie. W tym roku było to bardzo widoczne, bo wreszcie ta muzyka doczekała się własnej w 100% dedykowanej sceny, a Hybrid Tent aż się o to prosił od lat. Sobotnie braki zazwyczaj uzupełniali wykonawcy na Main Stage, Wide Stage (teraz: Electronic Beats Stage) i od niedawna Sun/Day, ale mimo mojej ogromnej sympatii dla dawnego Wide’a (także z racji braku piasku i braku zadaszenia) uważam tegoroczne wrzucenie całej nocnej części DNB na festiwalu do Hybrydy za genialne posunięcie.
Wreszcie coś, co (dosłownie) rzuca się w oczy: oświetlenie i wizuale! W tym roku produkcja Audioriver przeszła sama siebie i praktycznie na każdej scenie było pod tym względem prze-zajebiście (jeśli miałbym się czegokolwiek czepiać, to brakowało mi kamerki nad rękami kozaków z C2C, żeby widzieć na żywo co tam motają!). Ogromny props, bo pokazuje to, że festiwal cały czas idzie do przodu.
No i za ten progres trzymajmy kciuki. Mało który festiwal w Polsce traktuje DNB poważnie, więc warto wspierać Audioriver, które w tej kwestii przoduje i nic nie zapowiada się, żeby którekolwiek wydarzenie miało ich jeszcze przez długie lata przebić.

Tekst: Piotr „Alegria” Häuser
Zdjęcie główne:
Monika Sadłos

ZOBACZ TEŻ:


Techno czyni cuda – Audioriver Festival 2016 RELACJA
Fotorelacja z Audioriver Festival 2016 by Sandra Biegun
Fotorelacja z Audioriver Festival 2016 by Monika Sadłos