Drum 'n Bass na Audioriver 2015 RELACJA

Relacja

Jednym z naszych wysłanników podczas tegorocznej edycji Audioriver był Piotr Alegria Hauser. Jak na festiwalu miewa się nurt drum and bass? Zapraszamy do lektury!

Wrażenia z tegorocznej edycji wciąż kotłują się w mojej głowie niczym zapewne szum w uszach wielu festiwalowiczów. Pominę już moje przygody z dojazdem na festiwal, ale przygodą samą w sobie okazał się piątek, gdyż dostałem dość ważny telefon…
  • ZOBACZ GALERIE Z AUDIORIVER 2015:
DZIEŃ 1
Jeden z organizatorów oznajmił mi, że Jaguar Skillz nie dojedzie i muszą poprzesuwać nieco lineup, a co za tym idzie potrzebują kogoś, kto zagra warm-up na Hybrid Tent! W domyśle: czy dam radę dojechać i zagrać? Pomyślałem: kto jak nie ja?! Pokażę im dźwięki, których o tej porze na pewno by tu nie usłyszeli. Taki oto set-niespodzianka, który świadomie pociągnąłem w nieco lżejszym klimacie przywitał festiwalowiczów, a potem przekazałem pałeczkę gospodarzom, czyli ekipie NeverAfter i dobremu duchowi MC Lowqui, który zebrany tłum zaczął nakręcać do dalszej imprezy. Ja zaś posłuchałem chwilę ich seta, po czym udałem się na dalszą wędrówkę po festiwalu.
Na początek sprawdziłem live act Icicle’a, który jeszcze w listopadzie zeszłego roku grał u nas na DrumObsession debiut na polskiej ziemi. Wtedy był to DJ set, zajebiście technicznie zgrany z 3 CDJów. Tym razem jego bardzo hajpowany live act, w którym (jak sam podkreśla w wywiadach) stara się przenieść to, co robi w studio, na warunki występu na żywo. Faktycznie więc było tam trochę maszynek, dogrywał niektóre riffy na bieżąco z klawiszy, bawił się samplami, aranżami i efektami. Sporo tracków jednak nie przypadło mi do gustu, a szkoda, bo Icicle’a uwielbiam. Sam Holender zaś do spółki ze Skittlesem (jego MC) chwalili polską publikę i występ na Audioriver ocenili jako najlepszy na całej trasie!
Rawtekk nie zachwycili początkiem występu, więc skierowałem się do Circusa, żeby (po kolejnych misjach towarzyskich) wreszcie złapać choć trochę seta Joya Orbisona. Tutaj kolejny zawód, ale może trafiłem na słabszy moment w tej opowieści – było nie było – wyjątkowego artysty. Jakieś dziwne wokale „I’m so high… extasy” i dźwięki, które niekoniecznie mi podchodziły zaraz mieszał z czymś o wiele bardziej w moim guście. Trzeba było trochę odsapnąć, toteż kroki skierowałem wreszcie ku mojej ulubionej ze względu na świeże powietrze scenie – Wide, gdzie akurat grali ALSO. Całkiem przyjemna rzecz.
Zasiedziałem się tam na tyle długo, że przegapiłem kompletnie występ Marky’ego w Hybridzie. Wiele osób go chwali, ja osobiście niesamowicie szanuję za skille DJskie i turntablistyczne w ogóle (patrz: sztandarowy trik ze skreczowaniem na odwróconym do góry nogami gramofonie czy inne sztuczki), ale zawsze wolałem szkołę skupiającą się na blendowaniu i budowaniu napięcia w secie. Marky zaś miksuje szybko, blenduje mało, a poza tym też lubi zagrać chamski clownstep czy inną wiksunię. Trochę żałowałem, bo chyba jednak dla tych kilku pięknych soulfulowych numerów, które Brazylijczyk z pewnością wplótł w seta warto było się przejść na skraj festiwalu. High Contrast z kolei proporcję tych numerów, których już nigdy nie zrozumiem (czytaj: komercyjnej papki, prawie dramenbejsowego odpowiednika „EDM”) do tych dobrych (czyli w tym przypadku głównie klasyków) miał z pewnością gorszą od Marky’ego. Smutno mi było to słyszeć tym bardziej, że reprezentant Hospitala był jednym z moich idoli, gdy zaczynałem słuchać DNB.
W tym miejscu z pewnością narażę się na gromy i hejt z każdej strony, ale Noisia też kompletnie mi się nie podobała. Występ Holendrów był wymieniany wśród ludzi w komentarzach na FB jako najbardziej wyczekiwany na tegorocznym AR i frekwencja to pokazała. Cóż, ja chyba albo się zestarzałem albo po prostu mój gust nie daje mi cieszyć się tego typu selekcją. W przeciwieństwie do Icicle’a ich sprzęt do live actu nie wyglądał imponująco (choć może się nie znam). Ja zaś nie wytrzymałem tam dłużej niż 15 minut, bo o tej porze tego typu dźwięki zaczynają być dla mnie męczące. Co więcej, czekał mnie następnego „ranka” (czyli o 13:00) set na Fashion Day i po długim, pełnym wrażeń dniu nie podołałem misji usłyszenia Dieselboy’a (który jak wieść gminna niesie zagrał jeszcze ciężej od Noisii, oh my days!) ani Ginee (którego set z pewnością technicznie zjadł wielu headlinerów).
DZIEŃ 2
Jako się rzekło – zacząłem sobotę od grania na Fashion Day Stage. Wczesna godzina plus skwar z nieba nie były zbyt sprzyjające do rozkręcenia densfloru, ale przechodzący przez dziedziniec Małachowianki ludzie uśmiechali się, bujali, czasem klaskali. Cieszy to, gdyż repertuar też w tym przypadku dobrałem dość eksperymentalnie, testując co spowoduje reakcje. Za deckami zmienili mnie kumple z duetu Handra, ale im już z kolei nie było dane zagrać pełnego seta, bo jakoś w okolicach 16:00 na Płock spadł ulewny deszcz, na który scena nie była przygotowana. Silence Groove miał podobno okazję jeszcze coś zagrać, ale aura wyjątkowo wrednie potraktowała tegoroczny Fashion Day. No, ale za to scena na rynku jak zawsze cieszyła się powodzeniem (pewnie ze względu na zagranicznego headlinera i – a jakże! – techno) i ludzie tańczyli tam tłumnie mimo ulewy.
Jeśli chodzi o część nocną, tym razem udało mi się zobaczyć prawie wszystkich artystów, których chciałem. Spóźniłem się niestety na występ panów HV/Noon, ale potem już trzymałem się głównie Wide’a (który zazwyczaj w sobotę bardziej pasuje mi repertuarowo i to tu dwukrotnie słyszałem najlepsze sety Audioriver: Martyn w 2012 i Special Request w 2014).
Duet SpectraSoul za deckami reprezentował Dave. Przejścia nie za bardzo mu się kleiły. Pomyślałem: pewnie miał zły dzień, bo parę lat wcześniej w Warszawie solo, jak i w duecie z Jackiem w Katowicach oraz na Sun & Bass grali takie sety, że głowa mała. Jednak bardziej niż technika (którą jestem w stanie wybaczyć) rozczarowała mnie selekta. Wide Stage zawsze kojarzy mi się z najbardziej niszową stroną festiwalu i spodziewałem się halfstepowych syntetycznych tłuściochów, a dostałem przewidywalne, festiwalowe (w złym tego słowa znaczeniu) granie pełne wątpliwych wokali i melodyjek. Spoko, dużo było też charakterystycznego dla produkcji SpectraSoul basu, pojawiły się też przepiękne numery Calibre’a, ale od tak dobrego DJa wymagam więcej.
Udało mi się złapać dosłownie pół godziny Roniego Size’a ze swoim projektem live – Reprazent. Bębniarz zajebiście napędzał wszystko, Roni zza konsolety zawiadywał całym show, ale bez frontmana w postaci Dynamite MC na pewno nie byłoby takiego ognia. Ten zaś jest wulkanem energii i napędził tłumy do szaleńczego tańca. W którymś momencie z jego ust padła też zapowiedź nadchodzącego (i z pewnością wyczekiwanego przez wielu) nowego albumu studyjnego tej formacji. Mi jednak kompletnie nie przypadła do gustu jego próbka – „For The Masses”. Na szczęście były też klasyki, jak nieśmiertelny „Brown Paper Bag” i to chyba tak naprawdę dla tych klasyków ludzie tłumnie zjawili się przed główną sceną. Tak czy siak – pozytywne zaskoczenie, bo set DJski bristolskiej legendy na Hybrid z 2012 wspominam jak koszmar i okropny hałas.
Czas był jednak gnać na Wide Stage, gdzie dumnie obserwowałem występ Technimatic (a raczej reprezentującego duet Komatica). To już drugi headliner Audioriver, który swój pierwszy gig w Polsce miał okazję zagrać na DrumObsession i to jeszcze w 2010 roku (a ściślej ujmując Komatic w 2010, a Technicolour w 2012)! Tutaj już zgrywanie numerów szło przepięknie i płynnie. Selekcja przez większość seta była dokładnie taka, jakiej się spodziewałem i na jaką miałem nadzieję: soulfulowe rollery, bardziej wysmakowane wokale i fajne tease’owanie (np. Capone – „Friday” na samym początku seta!). Krótko mówiąc: do tego momentu był to mój ulubiony set festiwalu, choć niestety ostatnie 15 minut seta też skaził „festiwalowym graniem w złym tego słowa znaczeniu”. Na szczęście nie było to tak rażące, jak u headlinerów Hybrida, ale tak czy siak, szkoda! Znowu też miałem okazję usłyszeć od artysty, że polska publika jest niesamowita.
Ostatnie chwile na festiwalu spędziłem wędrując między występami Karenn (który chyba spędziłem w złym miejscu, bo nagłośnienie z Circusa czasem przebijało się tworząc nieprzyjemny dysonans) i Spora z SP:MC na Mainie. SP po raz kolejny pokazał, że jest jednym z najlepszych i najbardziej wszechstronnych MCs na scenie. Owszem, jeśli słuchało się wielu jego występów, to znało się też wiele tekstów, które nawija, ale za to umiejętność zamknięcia się i dania oddechu muzyce – bezcenna. Za to go uwielbiam. Spor zaś pokazał stylistycznie to, co Noisia, ale moim zdaniem w lepszym wydaniu. Słychać było wczuwkę i podjarkę w miksowaniu. Nie mogło zabraknąć paru wiksiarskich akcentów (przez które Spor nigdy nie należał do moich faworytów), ale było ich zdecydowanie mniej, niż u Holendrów. Ostatnie parę chwil spędziłem obczajając Simian Mobile Disco na Hybrid i skierowałem umęczone nogi do hotelu.
DZIEŃ 3
Wchodząc na SUN/DAY usłyszałem dźwięki London Elektricity, który moim zdaniem dość opacznie zrozumiał „summer set” i nie stronił od tej gorszej części Hospitalowego grania. Nie da się jednak nie kochać Tony’ego za pozytywną energię bijącą od niego zza decków podczas grania (ten sam przymiot ma i Marky, za to szacun), a nieco mojej sympatii odzyskał przypominając tak piękne rzeczy jak chociażby „Serenade” D Kay’a czy parę innych melodyjnych klasyków z duszą. Czyli potrafi dziod, tylko mu się nie chce?
Król tego dnia mógł być tylko jeden – dBridge! Elektricity zapowiedział go słowami: „this man needs no introduction, so I’m not gonna give him one… because that’s how big he is”. Nie wiadomo na ile w tym sympatii, a na ile uszczypliwości i ironii, ale ja się z tymi słowami zgadzam. Szef Exit Records wjechał w swoim bezkompromisowym stylu testując publikę (która, notabene dość licznie opuściła densflor po secie LE – jak sądzę polując na autografy i samojebki z szefem Hospitala). Klimat zmieniał umiejętnie od basowych rollerów okraszonych acapellami (takimi jak „Beautiful Stanger” Magnetic Man z Katy B czy przepięknego „Watching You” nieodżałowanego duetu Instra:mental), poprzez plemienne perkusyjne eksperymenty Skepticala, half-stepowe tłuste bity z pogranicza hip-hopu (sporo z nich było autorstwa Straya, Sabre’a, Halogenixa lub wszystkich Ivy Labów, jak mniemam), aż wreszcie pojawił się wyczekiwany przeze mnie klimat Autonomic w nowej odsłonie – Heart Drive. Niesamowicie ciepło na serduchu zrobiło się, gdy wziął w tym momencie mikrofon i powiedział m.in. „shout out to the DrumObsession crew”!
Potem popłynął jeszcze w rzeczy z pogranicza juke’u i bity nasycone 808kami i inne Exitowe klimaty. Pod koniec seta powiedział zaś, że nie zdziwi się, jeśli publika nie zna tych numerów, ale większość dopiero ma się ukazać na jego wytwórni i zaśmiał się, że to z jego strony „selfish DJing”.
Całość zamknął pięknie Breakage zaczynając od klasyków i innych basowych rzeczy nasączone dubwise klimatem. Potem zaś zjechał do tempa 140 bpm i wszedł w grime’owo-dubstepową część seta. Nie było na szczęście wierteł i piszczałek, tylko srogi sub bass i nawijki MCs. Niestety i tu nie było mi dane usłyszeć seta do końca, bo rzeczywistość wzywała i czas było wracać do Poznania.
SŁOWO NA KONIEC
Podsumowując: festiwale rządzą się swoimi prawami i nie mogę niestety oczekiwać lajnapów, które w 100% pokryją się z moim gustem. Warto jednak powiedzieć: szacun dla organizatorów za tak szeroką gamę zaproszonych artystów DNB, którzy przyciągnęli naprawdę ogromną masę ludzi, których pewnie normalnie nie uświadczymy na eventach DNB w polskim klubie. Ci ludzie choć przyjechali na Noisię, High Contrasta czy Roniego Size’a, być może dzięki temu odkryli dBridge’a, Breakage’a, SpectraSouli czy Technimaticów i poszukają głębiej, a to ogromna potencjalna wartość dodana dla sceny w naszym kraju. No i mam nadzieję, że jednak tak szerokie poparcie dla DNB na Audio przełoży się choć trochę na frekwencję na klubowych eventach z importami.
Nie miałem okazji rok temu obczaić części niedzielnej, ale tym razem skusił mnie lineup sceny DNB tego dnia. Tę część poczytuję sobie (obok Wide Stage) jako najbardziej atrakcyjną muzycznie część repertuaru AR. Mam nadzieję, że organizatorzy skorzystają ze swojej opiniotwórczej mocy bookując tam mniej znanych w Polsce artystów (jak w tym roku Technimatic czy Breakage). Moim skromnym zdaniem to dzięki występom na Audioriver szersze grono polskich dramenbejsiarzy usłyszało w ogóle o Dub Phizixie, Nymfo czy nawet Rockwellu.
Na plus też jest ogromna różnorodność: co festiwalowicz to inne ulubione występy i klimaty. Wydaje się więc, że festiwal ugruntował sobie jedną z najważniejszych (jeśli nie najważniejszą) pozycję na rynku muzyki elektronicznej i nie zapowiada się, żeby jakiekolwiek inne wydarzenie go zdetronizowało. Ja osobiście chętnie będę do Płocka wracał, bo klimat jest nieziemski.
text: Piotr Alegria Hauser
Polub muno.pl na Facebooku:

Polecamy również


Imprezy blisko Ciebie w Tango App →