Festiwal DOMOFFON – Edycja Druga

Clubbing
Breaks Electronic Hip-Hop Pop / Rock

Piątek, 26 sierpnia 2016
godz: 11:00

OFF Piotrkowska Center

OFF Piotrkowska 138/140, Łódź

Pokaż na mapie Pokaż na mapie

Druga edycja festiwalu, który stał się kultowy jeszcze zanim na dobre zaistniał. Przedsięwzięcie przeprowadzone wspólnymi siłami przez ekipę klubu Dom z Łodzi oraz agencję Distorted Animals, ulokowane w pofabrycznych przestrzeniach kultowego kompleksu Off Piotrkowska, już podczas zeszłorocznej, pierwszej edycji wyznaczyło nową jakość na festiwalowej mapie Polski. Domoffon to festiwal zorientowany na artystów niszowych, niemainstreamowych, skupiający zarówno uznane gwiazdy, jak i młodych artystów, reprezentujących pełne stylistyczne spektrum sceny niezależnej. Domoffon to festiwal osobowości i osobliwości na co dzień nie widzianych w mediach. To próba ukazania tego wszystkiego, co najciekawsze i najlepsze, a co powstaje peryferiach kultury popularnej.
Tegoroczna edycja festiwalu rozrośnie się do dwóch dni i oprócz koncertów jej program zawierać będzie pokazy kina plenerowego, kiermasz niezależnych wytwórni płytowych, wykłady i wystawy – wszystko to ulokowane na terenach zabytkowego kompleksu fabrycznego Off Piotrkowska, w samym centrum Łodzi, przy ulicy Piotrkowskiej 138/140.
26.08.2016 (PIĄTEK)
KURWS
KRÓL
NO JOY
OMAR SOULEYMAN
WIRE
26.08.2016 (SOBOTA)
SHXCXCHCXSH
SUPER GIRL & ROMANTIC BOYS
U.S. GIRLS
CHICKS ON SPEED
ZOLA JESUS
I INNI!…
Opisy nowych artystów:
Chicks on Speed
Mistrzynie kiczowatego alternatywnego popu? Eksperymentatorki parodiujące różne nurty muzyki i sztuki? Żeński kolektyw artystyczno-feministyczny? Chicks On Speed w przyszłym roku świętować będą 20. urodziny, a dziennikarzom ten fenomen wciąż wymyka się. Od początku zresztą nie mieli z nimi łatwo, bo Chicks On Speed powstał w głowach dwóch studentek monachijskiej ASP (Australijki i Amerykanki) jako grupa fikcyjna – były już koszulki, okładki kaset i płyt, ale żadnej muzyki, a założycielki w dodatku udawały w klubach didżejki, odtwarzając przygotowane wcześniej nagrania. Kilka lat później Chicks On Speed płynęły już na samym szczycie wznoszącej fali electroclashu, gatunku zrodzonego z połączenia electro, popu i punk rocka. Ale jeśli Chicks On Speed są dziś ikoną, to wcale nie dlatego, że miały przemożny wpływ na to, jak brzmiała muzyka w pierwszych latach tego stulecia, ale dlatego, że od początku muzyka była równie ważnym składnikiem ich działań co wideo, projektowanie ubrań, działania happenerskie czy wideo. Ich nieprzewidywalne koncerty-performance’y oglądali zarówno bywalcy MoMA czy Tate Modern, fani Red Hot Chili Peppers (którzy zresztą dziewczyny chóralnie wybuczeli) czy, jak ostatnio, publiczność słynnego berlińskiego teatru Volksbühne. Co pierwsze ekscentryczki electroclashu zaprezentują w Łodzi? Urządzą mały pokaz mody? Będą, jak kilka lat temu w Warszawie, grać na maszynach do szycia? A może namalują piersiami obrazy? Nie wiemy. I pewnie do końca nie wiedzą też tego same artystki.
Wire
Kiedy w październiku 1976 r. Sex Pistols nagrywali w Londynie debiutancki singiel „Anarchy in the UK”, parę kilometrów dalej czterech innych rozczochranych chłopaków w wąskich spodniach obmyślało pierwsze piosenki powołanego właśnie do życia zespołu. Te same utwory – „12XU”, „Lowdown”, „Mannequin” – te same chłopaki (trochę mniej rozczochrane) zagrają 40 lat później w Łodzi. Nazwali się Wire, a kontakt z ich minimalistycznymi petardami z albumu „Pink Flag” (1977) miał podobny efekt co bliskie spotkanie pierwszego stopnia z kablem elektrycznym. Granie w kółko trzech akordów szybko im się znudziło. Miejsce w historii zapewnili sobie dwoma kolejnymi płytami „Chairs Missing” i „154” z inteligentnymi, zwięzłymi tekstami i niecodziennymi wówczas zabiegami aranżacyjnymi. Dziś encyklopedyści słusznie widzą w zespole Colina Newmana pionierów nowej fali i postpunka – obok ubiegłorocznej gwiazdy Domoffonu The Fall. Wire na laurach nie osiada, a o tym, że wciąż ma coś do powiedzenia świadczą dwie nagrane za jednym zamachem, ciepło przyjęte płyty – ubiegłoroczna „Wire” i tegoroczna „Nocturnal Koreans”. Ta druga nawet jeszcze ciekawsza, bo zespół zwalnia tu tempo i eksploruje mroczniejsze, bardziej psychodeliczne rejony. Jedno jest pewne: lepszej okazji do świętowania okrągłych narodzin punk rocka w tym roku mieć nie będziecie. Różowa flaga na maszt!
Zola Jesus
Jezus Maria, Zola! – Kiedy byłam w liceum fascynował mnie Emil Zola. I Jezus, bo w sumie dlaczego nie on? – tak 27-letnia dziś Nika Roza Danilowa tłumaczy swój sceniczny pseudonim. Ale Amerykanka z rosyjskiej rodziny szlachetne fascynacje miała już we wczesnej podstawówce – całkowicie oczarowana operą, kupowała nuty i kształciła głos. Lekcje, na których nauczyła się wykorzystywać imponujące warunki wokalne, przydały się, gdy w 2008 r. zadebiutowała już jako Zola Jesus. Mocny, niski głos o ciemnej barwie idealnie pasował do jej muzyki, w której przeglądał się smutny pop spod znaku 4AD, melancholia Kate Bush, trans zimnej fali, eksperymenty awangardzistek w rodzaju Lydii Lunch czy Diamandy Galas. Brytyjskie media ogłosiły Danilową odnowicielką i nową królową subkultury gotyckiej. Zola wycięła im jednak numer. Na piątym i ostatnim jak na razie albumie „Taiga” (2014), współprodukowanym przez Deana Hurleya, najbliższego muzycznego współpracownika Davida Lyncha, Zola zorientowała się na mainstreamowy pop (singiel „Dangerous Days” mógłby spokojnie znaleźć się w repertuarze takich piosenkarek jak Sia) i klubową „muzykę środka” („Hunger” brzmi jakby przybył z lekko połamanej epoki Kosheen). Ale spokojnie, niech wasze offowe, czarne serduszka się nie smucą! Podobno na koncertach ta szamanka rodem z tajgi stanu Wisconsin wciąż wprowadza słuchaczy w stan hipnozy i odprawia nad nimi swe tajemne, mroczne rytuały.
U.S. Girls
To wbrew pozorom nie żaden girlsband, ale projekt wokalistki i kompozytorki Megham Remy. Ta mieszkająca w Torono Amerykanka, którą Iggy Pop zabrał w tym roku na własną trasę, to objawienie ostatnich miesięcy. Czy znacie inną piosenkarkę, której muzykę porównywano by naraz do nagrań Grace Jones, Portishead, PJ Harvey, Amy Winehouse, Florence Welch, Austry, Debbie Harry i Ariela Pinka? Pytanie o tyle bardziej na miejscu, że jej pierwsze albumy, wypełnione gitarowym hałasem i prymitywnym bitem, z niewielkim tylko dodatkiem melodii, kojarzyły się raczej z dokonaniami pionierów industrialu z Throbbing Gristle. W ciągu ośmiu lat Remy przeszła od uprawiania półamatorskiego zgiełku do pisania kompletnych piosenek, małych arcydzieł, w których współczesny alternatywny pop miesza się z glam rockiem, disco – z nową falą, elegancja lat 60. – z psychodelią lat 70., punk rock z trip-hopem. A wszystko to spaja mocny, głęboki i ostry zarazem głos Remy. Wydana przez słynną wytwórnię 4AD płyta „Half Free”, na której Meg przygląda się znojowi kobiet pracujących Ameryki, znalazła się w wielu zestawieniach najlepszych płyt roku 2015. To będzie pierwsza okazja do usłyszenia U.S. Girls w Polsce. I ostatnia okazja do zobaczenia go w tak kameralnych warunkach. Mehgam Remy jest na gwałtownej fali wznoszącej i wkrótce – idziemy o zakład – będzie gwiazdą największych światowych festiwali. Wiecie, co macie robić.
No Joy
Nazwa tego zespołu jest oczywistą prowokacją. Czy może być coś przyjemniejszego niż łączenie pięknych melodii i zgiełku, zderzanie konkretu i zamglenia, przenikanie się harmonizujących dziewczęcych głosów i brudnych, przesterowanych gitar? Okej, jest na świecie parę fajniejszych rzeczy, ale jeśli My Bloody Valentine, Jesus and Mary Chain i Sonic Youth wciąż was grzeją, to obcowanie z No Joy da wam mnóstwo radości. Historia tego kanadyjskiego zespołu sięga pradawnych czasów portalu MySpace. Jasmine White-Gluz wyjechała do Los Angeles i wysyłała do pozostałej w Montrealu koleżanki Laury Lloyd szkice piosenek. Dwa utwory dziewczyny wrzuciły na rzeczony serwis, gdzie wyhaczyła je wytwórnia Mexican Summer – wówczas początkująca, dziś renomowana. W jej barwach zespół, powiększony o męską sekcję rytmiczną, wydał trzy albumy. Najlepszy z nich – „More Faithful”, nagrany z producentem Ariela Pinka Jorge Elbrechtem – ukazał się przed niecałym rokiem i pokazał No Joy wyzwalających się spod wpływu wspomnianych wielkich poprzedników, wyposażonych w talent do pisania wpadających w ucho melodii i zalewających odbiorcę oceanami pogłosów. To prawdopodobnie najprzyjemniejszy z możliwych potopów.
Omar Souleyman
Na bardziej osobistym niż wszystkie nagrane do tej pory albumie „Bahdeni Nami”, będącym drugim krążkiem studyjnym, Omar Souleyman powraca do współpracy ze swym ulubionym poetą Ahmadem Alsamerem, spod pióra którego wyszły wcześniejsze hity, takie jak „Kaset Hanzel”, „Khattaba” oraz „Shift –al Mani”. Pracując nad albumem bliżej domu, w Istambule artysta włącza swej muzyki wybuchowe dźwięki saz, czyli perskiej lutni wygrane przez Khaleda Youssefa, natomiast klawisze Rizana Saida synchronizują się żywiołowo ze śpiewem Omara Souleymana. Teksty opiewają dozgonną miłość, leczą złamane serce, pozwalają wybrance odejść i proszą, aby spała na zawsze w jego ramionach, to wszystko zawarte w czterech szybkich numerach dance’owych, w intro z mawal, czyli rodzajem arabskiej wokalizy na początku utworu oraz w wyszukanej balladzie w arabskim stylu.
Po swoim pierwszym albumie studyjnym „Wenu Wenu” wyprodukowanym przez Four Teta, Omar Souleyman otwiera się na licznych fanów muzyki, oferując im wpływ na własne brzmienie. Jest poruszony i uważa się za szczęściarza będąc inspiracją dla tylu z nich, chcących być blisko jego muzyki.
Kieran Hebden powraca do wyprodukowania „Bahdeni Nami”. Dwa najszybsze utwory dance’owe udaje się stworzyć przy udziale Modeselktora. Legowelt oferuje nam remix tytułowego utworu, natomiast Cole Alexander z Black Lips pracuje przy jednej z poruszających serce ballad.
Omar Souleyman nie ustaje w wysiłkach, aby jego nieokiełznane dźwięki imprezy spod znaku dance były znane w każdym zakątku świata, jednocześnie będąc bardzo dumnym z faktu, iż niedawno wystąpił na koncercie z okazji rozdania Nagrody Nobla.
Pochodzący z regionu Hasake w Syrii, Omar wyrobił sobie markę śpiewając przez lata na imprezach weselnych, urodzinach, chrztach, eventach firmowych, i innych tego typu uroczystościach, przyjmując zaproszenia od wszystkich mieszkańców regionu: Muzułmanów, Chrześcijan, Kurdów, Irakijczyków, Syryjczyków, Asyryjczyków.
Swoim głosem i stylem stał ponad podziałami, dopasowując utwory i teksty w taki sposób, aby wszyscy czuli się tak samo szczęśliwi.
Owocem tamtych imprez były setki kaset magnetofonowych najpierw rozdawanych jako pamiątki, następnie dystrybuowanych wzdłuż regionu oraz w innych krajach arabskich.
Pomimo, tego, że świat uparcie kojarzy Omara z niekończącą się w jego ojczyźnie wojną, jedyna rzeczą, którą on nieustannie daje w zamian jest Miłość.
SUPER GIRL ROMANTIC BOYS
W latach 90. jako pierwsi w środowiskach alternatywnych zdjęli klątwę z disco i new romantic, wywołując zdumienie jednych kolegów („poj***ło się już wszystko, dzisiaj punki tańczą disco!”) i euforię innych (czasem fajnie zatańczyć jednak coś bardziej rytmicznego niż pogo). W pierwszej dekadzie XXI w. byli autorami najsłynniejszej niewydanej polskiej płyty, która w króliczym tempie mnożyła się nielegalnie w sieciach p2p (pamiętacie coś takiego?) i kanałach IRC (ich nawet my już nie pamiętamy). A w dekadzie obecnej stali się autorami jednego z najbardziej wyczekiwanych powrotów na polskiej scenie. Nie był to powrót wyłącznie koncertowy i „remanentowy” (debiutancki album z żelaznymi punktami każdej porządnej balangi – „Spokojem”, „Na pętli znów” czy „Szkłem” – ukazał się wreszcie w 2013 r.). W marcu SGRB wydali znakomity album „Osobno” z premierowym materiałem. To już nie tylko piosenki ku pokrzepieniu członków i członkiń „Klubu Samotnych Serc” czy zakrapiane łezką sentymentu wspomnienia o imprezach, na których „tańczyły zderzenia czołowe”, ale także próba egzystencjalnych rozliczeń: „Mieliśmy inni być – inni niż wszyscy wy/ Może zmienił nas zimny blask sztucznych miast/ Teraz jesteśmy jednymi z was”. Ale spokojnie – na koncercie żadnego samobiczowania się nie będzie. I uważajcie, by wracając z dzikich tańców, nie obudzić się „na pętli znów o czwartej rano”.
The Kurws
Pamiętacie koncert rewelacyjnych Ukrytych Zalet Systemu z ubiegłorocznego Domoffonu? Teraz przyjadą do nas ich starsi stażem pobratymcy, chluba i chwała wrocławskiej sceny alternatywnej – The Kurws. Zresztą nie tylko wrocławskiej, bo w ciągu siedmiu lat intensywnej działalności The Kurws zjeździli całą Europę i wyrośli na – nie bójmy się tego słowa – polski towar eksportowy. Z miejscami do koncertowania kłopotów nie mają, bo równie dobrze gra im się na skłotach, co festiwalach jazzowych. Podobno po koncercie w Szwajcarii dostali zakaz ponownego wjazdu do kraju, a to dlatego, że szwajcarskie zegarki zwariowały pod wpływem muzyki Polaków – równie precyzyjnej co przesławne czasomierze, ale nieustająco robiącej sobie z czasu jaja: ciągle minimalnie spóźnionej albo przyspieszonej, zwalniającej albo rozpędzającej się, rozciągniętej albo przyciętej. Ekscytujące zabiegi na perkusję, gitarę, bas i saksofon w ich wykonaniu mają w sobie coś z pokazów iluzjonistycznych. Może dlatego tak wielu słuchaczy wraca na koncerty The Kurws, by znaleźć odpowiedź na pytanie: jak oni to właściwie robią?
król
Jest szalenie muzykalny i wszechstronny. Imponuje tempem pracy (dwa albumy duetu UL/KR i trzy solowe w ciągu pięciu lat – wszystkie świetnie przyjęte). Wykształcił osobny, rozpoznawalny od pierwszych sekund styl, wobec którego nikt nie sposób pozostać obojętnym: jednych przyciąga na amen, innym – choć raczej to mniej liczna grupa – staje kością w uchu. Posiadł rzadką umiejętność balansowania na granicy kiczu. No i ma słabość do wąsika. Błażej Król polskim Prince’em co prawda nie jest, ale jest królem w swej własnej kategorii. I na pewno należy mu się tytuł księcia polskiego popu, bo choć można wyobrazić sobie krajobraz polskiej scenę bez tego gorzowskiego oryginała, to łatwo też sobie uzmysłowić, o ileż biedniejszy byłby to landszaft. Dowodem królewskiej formy Błażeja jest tegoroczna płyta „Przez sen” – oniryczna, rozmarzona, zamglona, wciągająca słuchacza w – to paradoks, ale i istota zastawionej przez Króla pułapki – podszytą niepokojem comfort zone. „Daj się uśpić!” – prosi w jednej z nowych piosenek, ale na koncercie grozi wam co najwyżej piękny sen na jawie.
SHXCXCHCXSH
Taneczna elektronika z pogranicza electro, techno i industrialu od początku zaistnienia sceny klubowej w Łodzi, a więc od początku lat 90., cieszy się tu szczególną estymą. Hale, w których kiedyś turkotały maszyny włókiennicze, producenci i didżeje wypełniają dziś mechanicznym, transowym bitem. Powstawanie prężnych scen elektronicznych w podupadłych fabrycznych imperiach to oczywiście fenomen szerszy, czego przykładem jest nie tylko Detroit, ale także szwedzkie Norrköping i pochodzący stamtąd duet Shxcxchcxsh. Już debiut „Strghts” (2013) przykuł uwagę środowiska zamiłowaniem zakapturzonych muzyków do brudnych brzmień oraz niecodziennych pomysłów rytmicznych. Na wydanym rok później albumie „Linear S Decoded” Szwedzi zaskoczyli – zamiast rzucić się w środek modnego nurtu mrocznego, twardego techno zdecydowanie swój przekaz zniuansowali. Włączyli do repertuaru nietaneczne tempa i rytmy rodem z nurtu IDM. Sięgnęli po kosmiczne brzmienia syntezatorowe. Ponakładali i pogmatwali plany dźwiękowe. Czy zagrają mocniej, czy też bardziej eksperymentalnie, delegacja Manchesteru Szwecji powinna poczuć się w dawnej fabryce Ramischa w sercu Manchesteru Polski jak w domu. W czerwcu wychodzi ich nowa płyta, z którą przyjadą na DOMOFFON Festiwal!
Uwaga! To nie wszystko! Kolejnych wykonawców występujących na tegorocznej edycji Festiwalu Domoffon poznacie już wkrótce!
———————————————————————————————
DOMOFFON FESTIVAL
26-27 AUGUST 2016
It’s going to be the second edition of a festival which was recognised even before becoming a yearly fixture. The event, prepared by the team of DOM club from Lodz together with Distorted Animals agency, is taking place in a former factory space belonging to popular, Off Piotrkowska district. Already, with its last year’s first edition, Domoffon has proved to be an utterly new quality on the festival map of Poland, aiming at non-mainstream and niche artist, but combining both: acclaimed and young performers in order to present whole wide range of styles within the alternative stage.
Domoffon is a festival of personalities and oddities. It is an attempt to show what’s most interesting and captivating, but created on the outskirts of mainstream.
This year’s edition will be spread over two days and apart from shows; it schedules outdoor cinema, alternative record labels market, lectures and exhibitions. The whole event will be located at the Off Piotrkowska, a refurbished abandoned factory complex, at the centre of Lodz, at Piotrkowska138/140.
We are proud to present first artists of the festival:
Chicks on Speed
Chicks on Speed as the Masters of a tacky alternative pop?
As novelty seekers making fun of different music and art styles? A feminist, arty collective?
Chicks on Speed will celebrate their twentieth birthday next year, yet press still seems to ignore that marvel. Anyway, since the beginning Chicks on Speed haven’t made it easy for the critics, as the band originated as a fictional one in the heads of two students of the Munich Art School, an Australian and an American.
There were T-shirts, CDs and tapes covers, but no music whatsoever, meanwhile the founders pretended to be DJs at clubs, playing music that’d been made beforehand.
A few years later, Chicks on Speed were floating on the rising tide of the electroclash, a genre that had stemmed from a merge of electro, pop, and punk rock. And if today they are considered an icon, it is not because of their immense influence on music at the beginning of the century, but due to the fact that music has always been just a part of a wider range of their activities like: video, clothes designing or performance. Their unpredictable happening/ shows were equally staged at MoMa, Tate Modern, before Red Hot Chili Peppers’ fans (by which girls got booed at the end of the day), or as recently, before the audience of the famous Volksbühne Theatre in Berlin.
What kind of performance should we expect to get from those eccentrics of electroclash in Lodz ? Are they going to make a little fashion show? Will they, just like in Warsaw a few years ago, play on sewing machines? Or maybe they’ll paint pictures with their breasts?
We don’t know that. And probably the artists don’t know that yet either.
Wire
Just a few miles away from where Sex Pistols recorded in London their debut single „Anarchy in the UK” in October 1976, four other lads with messy hair and skinny trousers were thinking up first tracks for their newly emerged band. Same songs: „12XU”, „Lowdown”, „Mannequin” and same lads (with just less messy hair) are going to play a gig in Lodz 40 years later. They called themselves “Wire”, and any contact with their minimal explosives on the album “Pink Flag” from 1977 had same effect as a close encounter with an electric wire. Soon they got bored with repeating three chords. They safeguarded their place in music history with two following albums „Chairs Missing” and „154” with clever, exact lyrics, and uncommon at those times arrangements. Today, scholars are right to say that Colin Newman’s band were the forerunners of the new wave and post punk. Needless to say that, together with last year’s Domoffon special guest, the Fall, Wire doesn’t give up. Their recent received two albums well recorded at one go: last year’s “Wire” and this year’s „Nocturnal Koreans” prove that the band still has got something to say. The latter is even more interesting by the fact that the band slows down the rhythm and explores darker, more psychodelic areas.
One thing is sure: you won’t have a better occasion this year to celebrate round birthday of punk rock. Pink flag on the flagpole!
Zola Jesus
Jesus Christ, Zola! – At high school I was taken by Emil Zola. And Jesus, because actually why not him? This way Nika Roza Danilowa, today 27, explains the provenance of her stage name.
But the American of Russian origin had been caught up in nobility long before, at primary school. Totally absorbed by the opera, she was buying notes and undergoing vocal trainings. Those sessions which taught her to make use of impressive vocal conditions, played the part when she made her debut in 2008 as Zola Jesus. Her low voice of a dark trace matched perfectly with her music which holds shades of sad pop from the 4AD genre, melancholy of Kate Bush, the new wave trans, experiments of the avant-garde representatives like Lydia Lunch or Diamanda Galas. British media have proclaimed Danilova the restorer and the new queen of gothic subculture. Zola was meanwhile cheeky. On her fifth and so far last album “Tajga” from 2014 co-produced by Dean Hurley, the closest music co-worker of David Lynch, Zola focused on mainstream pop (her single ”Dangerous Days” could easily pass as a piece of singers like Sia) and popular club music (“Hunger” sounds as if it was coming from a slightly broken Kosheen era). But don’t worry. Keep your black errant hearts happy.
The story goes that this sort of shaman from Wisconsin taiga puts her listeners into hypnosis in order to perform her dark, mysterious rituals.
Omar Souleyman
More personal than all his albums to date, with his second studio effort – Bahdeni Nami – Omar Souleyman returns to a collaboration with his favourite but not only poet, Ahmad Alsamer, who penned his pre-west hits Kaset Hanzel, Khattaba, and Shift –al Mani. Recorded closer to home, in Istanbul, with poet in residence and heard throughout with claps and wails of encouragement, it features saz fireworks and support from Khaled Youssef. Keyboards by Rizan Said improvise devotedly and with skill to every tune and turn of Omar Souleyman’s choice. His lyrics declare eternal love, console one’s aching heart, decide to let her go, and ask her to sleep in his arms forever – in 4 fast dance numbers, an introduction mawal and an elaborate araby style ballad.
After his first studio album – Wenu Wenu – produced by FourTet, Omar Souleyman opens it up here to a number of hard-core musician fans, offering their own takes on Omar’s optimal sound. He is humbled and finds himself fortunate that all of them are inspired by his music and want to be close to it.
Kieran Hebden returns to produce – Bahdeni Nami, Modeselktor appropriately luck out with 2 fastest dance numbers, Legowelt offers a remix for the title track and Cole Alexander of the Black Lips treats one of the heart wounding ballads.
Omar Souleyman continues tirelessly to bring his wild dance party to all corners of the world and prides himself very much on having sung at the Nobel Peace Prize Concert recently. From Syria in the Hasake region, Omar earned his reputation singing and leading years of weddings, birthdays, Christenings, corporate parties and the like, answering to invites from all peoples living in the region – be it Muslims, Christians, Kurds, Iraqis, Syriacs, Assyrians. His voice and style stood out as he adopted his songs and lyrics to make everyone equally happy. Those parties yielded hundreds of cassette tapes at first offered as gifts and later distributed throughout the region and other Arab countries. Despite world’s insistence to associate him with his home country’s unending war, Omar gives back nothing but Love.
U.S. Girls
Don’t be misled by the name which may make you think of some kind of girls band. It’s a project by a vocalist and composer Meghan Remy. She is an American living in Toronto, whom Iggy Pop invited on his tour this year. It’s a revelation of recent months.
Do you know any other artist whose music would be compared to works of Grace Jones, Portishead, PJ Harvey, Amy Winehouse, Florence Welch, Austry, Debbie Harry and Ariel Pink ? This question is even more justified by the fact that her first albums full of guitars’ noise and basic beats, with very simplistic melody, would rather relate to makings of the industrial’s precursors from Throbbing Gristle. Within eight years Remy went from creating unpolished noise to writing complete pieces, little masterpieces under a mixture of modern alternative pop, glam rock, disco and new wave, the elegance of the 60s, the psychodelia of the 70s, of punk rock and trip-hop. All that binded by Remy’s equally strong and sharp voice.
Published by the famous label 4AD, the “Half Free” record, on which Meg is looking at the lots of working American women, got up high on various Top 2015 Album charts.
That’s going to be the first chance to hear U.S. Girls live in Poland. And the last to enjoy it in a small music venue. Mehgam Remy is on the rising tide and we bet she’ll soon headline the world’s biggest festivals. You know what to do.
No Joy
This band’s name is an obvious hair trigger. Is there anything bringing more joy than the combination of beautiful melodies and noises, the clash of a fact and a mist, the juxtaposing
of smooth girls’ voices and rough overstressed guitars ? Ok, there are a few more pleasant things in this world, but if My Bloody Valentine, Jesus and Mary Chain and Sonic Youth still turn us on, then a close encounter with No Joy surely is going to give you thrills.
The history of that Canadian band takes us ages back to the MySpace portal era. Jasmine White-Gluxz left for Los Angeles and sent tracks sketches to her friend Laura Lloyd who stayed back in Montreal. Girls put two of those tracks on the mentioned portal, where they were spotted by Mexican Summer label, then emerging, now recognized. Under that label the band then enlarged by masculine rhythmic section, published three albums.
The best of those – “More Faithful”, recorded together with Ariel Pink’s producer Jorge Elbrecht was issued no more than a year ago, presented No Joy liberating from
the influence of their great antecedents, rigged up with talent to make catchy melodies together with overwhelming oceans of sounds. That’s probably the most enjoyable of floods.
Super Girl and Romantic Boys
In the 90s they were the first in the alternative circle to break spell under which was the disco and new romantic, what came as a shock to some of their fellows (“all is pretty f***ed up,
punks got in the disco snap”), whilst made others euphoric (sometimes it’s ok to dance to something more rhythmic than the pogo). In the first decade of the 21st century they made the most famous unreleased Polish record, which multiplied illegally with enormous speed on p2p networks (do you remember these ?) and IRC channels ( those are long forgotten).
In the present decade, the most awaited comeback on the Polish scene belongs to them. And it was not a sort of a comeback only for series of concerts or a “new edition” (their debut album featuring critical steps of every proper party: “Spokój”, “Na pętli znów” or “Szkło” – was reissued eventually in 2013). In March, SGRB released an outstanding album “Osobno” with a new material. These are not only songs to cheer up members of the Lonely Hearts Club or sentimental recollections of those parties where “up-front crashes danced”, but also an attempt to existential pondering: “We were supposed to be different than others. Maybe false cities’ lights have changed us to become one of your kinds.” But easy, there won’t be any self flagellation done at their gig. And take care when coming back from the frenzy, not to wake up at the “final station again at 4 am”.
The Kurws
Do you remember that splendid gig of Ukryte Zalety Systemu at last year’s Domoffon? Now, we will host their more experienced fellows; the real pride and glory of alternative scene of Wroclaw – The Kurws. Not only of Wroclaw in fact, as The Kurws have crossed the whole Europe within the seven years of intense activity; becoming, let’s face it, Polish export commodity.
They don’t have to worry about venues, as they equally enjoy playing at squats as at jazz festivals.
The story goes that when they once got banned from crossing the Swiss border, after a gig in Switzerland, it was because Swiss watches were going mad impacted by the Poles’ music – as precise as famous devices, but meanwhile making fun of time: constantly slowing down or speeding up, spread over or cut off.
The invigorating exercises performed by the band with a guitar, a bass and a saxophone, remind us of some kind of magic shows.
Maybe the reason why so many fans come back for The Kurws’ concerts is to find an answer to a question: how do they actually do it?
król
He is unbelievably musical and versatile. His work’s tempo is impressive (two albums of UL/KR duo and three solo albums in five years – all very well received). He forged a unique style, recognizable from the first notes, to which you cannot stay indifferent. While ones are totally hooked; others – although they are less in figures – annoyed.
He’s acquired a rare skill to hold on to the edge of tackiness. And he’s got a soft spot for a mustache. Błażej Król is not a Polish Price at the end of the day, but he is the king of his own genre. And he is entitled to be called the prince of Polish pop. Though one can easily imagine the landscape of Polish scene without this individual from Gorzow, there is no denying that the landscape would be much poorer.
The evidence for Błażej’s royal shape is his record of this year: „Przez sen” dreamy, dim, soothing, dragging the listener into a dissonant trap set by Król, the essence of which is the comfort zone interlaced with anxiety. „Let me put you to sleep” – Błażej is asking in one of his songs, but during the concert, you are only in danger of daydreaming.
SHXCXCHCXSH
A dance electronic balancing between electro, techno and industrial. Since the beginning of Lodz club scene, so since the early 90s, it has been particularly appreciated. Former factory halls inside which there used to be textile machines whamming, today are filled with repetitive, trans beats by producers and DJs. The rise of animated electronic scenes in desert factory spaces is a wider trend, the example of which is not only Detroit, but also Swedish Norrköping and their duo Shxcxchcxsh. Yet their debut „Strghts” (2013) brought insiders’ attention to the inclination of hooded musicians for rough sounds and unusual rhythmic solutions. On their following album „Linear S Decoded”, issued a year later, the Swedes surprised everyone – instead of throwing themselves into the middle of a popular dark flow of hard techno, they definitely refined the content.
They included non-dance tempos and IDM-like rhythms. They reached for cosmic, synthetic sounds. They piled and looped sound plans. Are they going to play harder or in more experimental way? Those representatives of Swedish Manchester should feel at home in the old Ramisch factory in the heart of Polish Manchester. They are coming at DOMOFFON Festival with their new album which is out in June.
Attention: That is not all. The following artists to perform at this year’s edition of Domoffon Festival to be announced soon!


Sprawdź inne wydarzenia @ Łódź

Festiwal DOMOFFON – Edycja Druga Łódź

KAMP! HOT DANCE PARTY

Sb, 07 września 2019
godz: 20:00

od 55 PLN